czwartek, 11 lipca 2013

Sępy polują na bigos i browarka

Cześć, nazywam się Jakub i pracuję w pewnej placówce kulturalnej jednego z większych miast Polski. Z pełnym przekonaniem mogę powiedzieć, że moja rodzima instytucja to jeden z ostatnich bastionów PRL-u. Nie jest oczywiście żywcem wyjęta z epoki, bo z pozoru wygląda na całkiem nowoczesną. Z pozoru… 

Za fasadą normalności kryją się setki absurdów i patologii, nie zmieniające się od lat. Właśnie te historie chciałem Wam tu przedstawić korzystając z uprzejmości Autorki tego bloga, jednak temat przerósł moje możliwości – nie da się ich wystarczająco skrócić. Dlatego opisuję je na moim blogu: placowka.blogspot.com
Tu postanowiłem opisać inne ciekawe zjawisko, które można zaobserwować czasami w mojej placówce…

Kojarzycie Chytrą Babę z Radomia? Jeśli nie, to wyszukajcie to hasło na YouTube. W każdym razie, w mojej placówce od czasu do czasu organizuje się wernisaże, festiwale czy panele dyskusyjne, którym na ogół towarzyszy poczęstunek lub w przypadku większych okazji bankiet. Prócz gości zaproszonych i osób zainteresowanych wydarzeniem przychodzą i tacy, których jedynym celem jest wyjadanie postawionych przekąsek. Ludzie ci potrafią przyjść tylko po to, by zjeść kilka paluszków i wypić szklankę soku. Ja rozumiem, żyjemy w biednym kraju, jest wielu ubogich, ale do cholery! Na trzy krakersy i lampkę wina to nawet bezdomnego stać. Jeśli oni (nazywamy ich Sępami) traktują to jako darmowy posiłek to nie ma to sensu, gdyż nawet nie rekompensuje im wysiłku włożonego w przyjście do mojej instytucji. Ale co tam! Ważne, że za darmo! Indywidua te wzbudzają przy okazji zniesmaczenie lub w najlepszym wypadku rozbawienie u gości zainteresowanych wydarzeniem, na które przyszli. Oczywiście dla tych drugich często nic nie zostaje, zupełnie jak po przelocie szarańczy…


                                    Ludzie czasem upodabniają się do sępów...
                                    Fot: wikipedia

Prawdziwe jaja zaczynają się przy okazji bankietów, gdzie już pojawiają się na przykład: catering z ciepłymi posiłkami czy piwo z nalewaka. W tym miejscu chciałbym opisać kilka konkretnych przypadków największego kalibru:

1. Nalewałem gościom piwo przy zaimprowizowanym barze. Za darmo, więc w kolejce stała połowa ludzi (druga połowa oblegała stoły z jedzeniem). Ponieważ miałem ograniczoną ilość plastikowych kubków do piwa, a wiedziałem że większość będzie przychodziła po dolewkę, uprzedzałem by nie wyrzucali ich do śmieci. Po czterdziestu minutach piwo mi się skończyło, ale siedziałem dalej przy barze obserwując imprezę. Alkohol był dostępny nadal, ale naprzeciwko – za pieniądze. W pewnym momencie podszedł do mnie chwiejący się pan i poprosił bym nalał mu browarka, powiedziałem że już nie ma, a on dalej swoje. Po pięciu minutach ustąpiłem i wyciągnąłem spod lady napoczętą butelkę wina. Poprosiłem go o kubek. Nie ma, rzekł bełkotliwym tonem, wyrzucił. No to odmówiłem wina, bo i w co miałem nalać. No to on znowu zaczął jęczeć. W końcu zobaczył, że w rogu baru stoi jakiś kubek, więc prosi bym w niego mu nalał, zgodziłem się. Kiedy jednak wziąłem go do ręki zobaczyłem, że był już używany, mało tego, wyglądało jakby ktoś do niego strzepnął popiół. No to podzieliłem się z mężczyzną moją obserwacją, a on na to że nie szkodzi. Spojrzałem jeszcze na jego pazerny ryj i już bez żadnych wątpliwości nalałem mu do pełna. A mogłem dać całą butelkę, a niechby ciągnął z gwinta.


                                    Czy wysępiony browarek smakuje lepiej? 
                                    Oto jest pytanie.         Fot: babadziwo007

2. W jednej z sal stał suto zastawiony stół. Były na nim między innymi: pierogi, bigos, kanapki, no żarcia dla stu osób. Kiedy tylko drzwi się otworzyły skoczył na niego dziki tłum, z którego dziesięć osób po chwili odeszło trzymając w dłoniach dwa lub trzy talerzyki, z których aż wysypywało się jedzenie. Poszedłem za nimi, bo ciekaw byłem jak chcą to zjeść, a może tylko dla kogoś nieśli. Kiedy w końcu odeszli na bok i odłożyli swoje łupy na stoliki lub parapety, wyciągnęli z kieszeni foliówki i zaczęli pakować wszystko nie patrząc jak leci. Ważne że żarcie było darmowe i można było do domu zanieść.

3. W połowie bankietu zabrakło filiżanek do herbaty, bo obsługa nie nadążała myć. Pewna rezolutna Sępiara poprosiła by wrzucić jej torebkę i zalać wrzątkiem w… wylizanej bulionówce po bigosie (niedokładnie zresztą wylizanej). Co kto lubi.

4. Koleżanka wynosiła z pustego już stołu naczynia. Akurat przechodziła z tacą, kierując się do kuchni, gdy wpadła na spóźnioną Sępiarę, która spytała czy zostało coś do jedzenia. Koleżanka na to, że nie. No to tamta kobitka spojrzała łapczywym wzrokiem na trzymaną przez nią tacę, na której znajdowała się sałata ozdobna i spytała czy może ją sobie wziąć? Koleżanka na to, że tego się przecież nie je, ale tamtej to nie przeszkadzało, chwyciła sałatę, wepchnęła ją sobie do kieszeni i uciekła.

5. I jeszcze jeden bankiet. Towarzystwo wyjadło cały bigos z wielkiego, dziesięciolitrowego gara. Wyjedli to wyjedli, koniec imprezy można by rzec. Ale nie! Jakież było moje zdziwienie, gdy zobaczyłem faceta podwijającego sobie rękaw i gołą ręką zbierającego resztki ze ścianek, by przerzucić je na swój talerz. Komentarz zbędny.


                                    Szanowni, za darmochę, więc jedzmy do dna!
                                    Fot: babadziwo007

niedziela, 7 lipca 2013

67-letnia baletnica...

Prześladuje mnie obraz baletnicy na scenie w wieku 67 lat, która mimo artretyzmu próbuje stanąć na pointach, bo tak ustawodawca nakazał. A pracodawcy - na zachętę - oferują pracę tylko w młodym zespole. Znaczy starszych wykopać za burtę. Bo głupki jakieś takie...

Tym razem będzie mało śmiesznie. Znajomy szuka pracy. Bliżej mu do sześćdziesiątki niż dwudziestki. Staram się pomóc w poszukiwaniach. Taki chyba normalny odruch. Oznacza to, że przeszukuję mnóstwo ogłoszeń pod hasłem „dam pracę” - co cztery, dziesięć czy dwadzieścia oczu, to nie dwoje. Przejrzałam ostatnio sporo ogłoszeń. Ich cechą wspólną jest hasło: „oferujemy pracę w młodym, przyjaznym i profesjonalnym zespole”.
Znaczy zespół starszy raczej nie jest przyjazny? No tak, ramole, co ciągle zrzędzą. Dla dwudziestolatków często ramolem jest już czterdziestolatek. Szkoda, że dla pracodawców również. Znaczy zespół starszy nie jest profesjonalny? No i tego to zupełnie nie rozumiem. Czy młodość jest gwarancją dobrej atmosfery i profesjonalizmu?

Dawno, dawno temu, w czasach prehistorycznych, kiedy po ziemi ganiały dinozaury, kiedy nie było internetu, smartfonów i tabletów, określenie „człowiek starszy” bądź „człowiek stary” oznaczało „człowiek o dużej wiedzy i dużym doświadczeniu życiowym i zawodowym”. Dzisiaj „człowiek starszy” przeważnie oznacza „głupek”, bo często nie wie co to pendrive, prędkość internetu i jak – najlepiej nielegalnie - ściągnąć hity Jurka Połomskiego lub Led Zeppelin (w zależności od upodobań). A nawet jeśli wie jak to zrobić – i tak jest głupkiem, bo jest stary, więc z założenia i tak nic nie wie.

                                   Fot: wikipedia, balet "Dziadek do orzechów"

Stwierdzenie od wielu lat obecne w ogłoszeniach dotyczących pracy: „oferujemy pracę w młodym, przyjaznym i profesjonalnym zespole” jasno sugeruje, że pracodawcy chcą zatrudniać ludzi młodych, a nie starszych. Nie szkodzi, że starsi mają doświadczenie, ciąży raczej nie planują, a i młodych mogą czegoś nauczyć. Czegoś, czego w dzisiejszych szkołach (przepraszam - na studiach), gdzie liczy się jedynie fakt, że stać cię (a raczej stać twoich rodziców) na naukę, a nie czy jesteś zdolny - liczy się najbardziej.

Takie odstawienie na boczny tor ludzi starszych (no bo w wyobrażeniach pracodawców już czterdziestolatek chwieje się nad grobem) jest żenujące. Szczególnie w sytuacji wydłużenia stażu pracy, który uprawnia do przejścia na emeryturę. Kiedy dotarła do mnie informacja o reformie emerytalnej, o tym, że na emeryturę można przejść dopiero w wieku 67 lat, zobaczyłam oczami wyobraźni kilka obrazków.

Po pierwsze: gdzie znaleźć pracę w wieku lat sześćdziesięciu? Szczególnie „w młodym zespole”. A przecież nie jest zabronione zwalnianie ludzi w tym wieku.
Po drugie: kiedy w końcu odpocząć od obowiązków życia? Wtedy, kiedy już nic się w życiu nie chce? Mądrość życiowa głosi, że jeśli po czterdziestce budzisz się i nic cię nie boli – znaczy nie żyjesz. A po sześćdziesiątce?
Po trzecie: prześladuje mnie obraz baletnicy tańczącej na scenie w wieku 67 lat, która mimo artretyzmu próbuje stanąć na pointach, bo tak ustawodawca nakazał... (nie, znajomy nie jest tancerzem). Albo obraz człowieka, który ciężko pracuje fizycznie: hutnik, górnik, doker czy ten, który łopatą kopie rowy, by rozwijać sieć np. telefoniczną itp. Zmienią pracę? Na jaką? Zapewne w młodym zespole...







środa, 3 lipca 2013

Chicago i Tel Aviv przeniesione do Europy!



Współczesne technologie umożliwiają już praktycznie wszystko. Nawet przeprowadzki całych miast. Ludzie są po prostu zdolni!

Pewnego pięknego dnia otworzyłam moją pocztę. Oczywiście, że zalał mnie potop spamu. No jakżeby inaczej. Zainteresowały mnie jednak tanie połączenia lotnicze. Wprawdzie nigdzie się nie wybieram, ale zawsze można dać znać krewnym i znajomym królika, że coś gdzieś jest taniej. Otworzyłam e-maila i zobaczyłam taki oto obrazek:


Niewinna promocja lotnicza okazała się tajną informacją o przeniesieniu Chicago i Tel Avivu do Europy! Nie rozumiem dlaczego przemknęło to bez echa przez wszelkie media, dla których newsem jest np. kolejny koniec świata, albo niezwykle ważny fakt, że Marcinkiewicz dostał order za „szczere i nieustające zaangażowanie na rzecz przyjaźni francusko-polskiej”.
Przecież wkroczyliśmy w nową epokę! Na wakacje będzie się podróżować nie wychodząc z domu, bo skoro można przeprowadzić całe miasto, to co za problem przeprowadzić dom na czas urlopu w ramach „szalonej środy”?

piątek, 7 czerwca 2013

Szwedzi sikają równoprawnie

Równouprawnienie w Szwecji przekracza kolejne granice absurdu. Najnowszy pomysł: zakaz sikania na stojąco, lub raczej nakaz sikania na siedząco. Rzecz jasna nakaz ma dotyczyć panów. Wszystko po to, by panie nie czuły dyskomfortu zazdroszcząc panom mało wykonalnej dla nich pozycji sikania.


Ten rażący brak równouprawnienia jest na tyle ważny dla społeczeństwa, że zajęli się nim lewicowi posłowie, a sprawiedliwość ma zatriumfować w formie ustawy (!) Ale czy to wystarczy, by kobiety i mężczyźni w końcu poczuli się równoprawnie? Aby tak się stało, pilnie należy zająć się również innymi palącymi problemami.


                                    Fot. babadziwo007
                                    Równouprawnienie? Proszę bardzo :) To damsko - męska para :) Kosmitów?

Proponuję:
  • Zabronić kobietom rodzenia dzieci, lub – alternatywnie - nałożyć również na mężczyzn obowiązek „zaciążania” i porodu. W tej wersji porodówki obowiązkowo będą koedukacyjne.
  • Nakaz dla panów chodzenia przez kilka dni w miesiącu z podpaską w gaciach.
  • Nakazać panom chodzenie w szpilkach, biustonoszach i sukienkach. Przynajmniej trzy razy w tygodniu, w tym przynajmniej raz w seksownym mini. Bo dlaczego tylko dziewczyny mogą paradować i w sukienkach, i w spodniach? I w trampkach, i w szpilkach? Tak nie może być!


                                           Fot. babadziwo007
                                                „Sikanie w niewygodnej pozycji może być bolesne” -
                                                 podpisano: Minister Zdrowia i Wygody
  • Nakaz głośnego publicznego komentowania przez panie wyglądu panów. Obowiązkowe komentarze: na widok panów w wieku ok. 40 lat - „Ale ryczący czterdziestek” (z intonacją obrzydzenia), na widok panów ok. 50 lat i powyżej, z kilkoma zmarszczkami i siwizną: „ale stary, oka bym nie zawiesiła”, na widok panów łysych: „chory jakiś, pewnie po chemioterapii”.
  • Nie zapominajmy o makijażu. Panowie obowiązkowo z płomiennie czerwoną szminką na ustach i z „milionem rzęs” (mogą być sztuczne) atrakcyjnie pogrubionych tuszem. W przedszkolach chłopcy obowiązkowo w warkoczykach z kokardkami. Alternatywnie - zakaz makijażu dla pań i obowiązkowe wąsy i broda. Choćby przylepiane.


                                    Fot. babadziwo.007
                                   „Kotuś, siad!” - teraz czas na ustawę u równouprawnieniu zwierząt. 

P.S. Idea równouprawnienia jest zwyczajnie słuszna. Tak po prostu należy urządzić ten świat, bo ani kobiety nie są gorsze od mężczyzn, ani mężczyźni nie są gorsi od kobiet, choć niektórym wydaje się inaczej. Nie popadajmy jednak w absurdalne skrajności, bo... nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu. Jak dla mnie - panowie, możecie sikać na stojąco. Przynajmniej w moim domu :) Nie doniosę władzom :)

niedziela, 18 listopada 2012

Bielizna funkcyjna w rzeźniczym


Na widok reklamy ubranek z włókna „transportującego wilgoć na zewnątrz dwa razy szybciej niż tradycyjne włókna” (patrz obrazek) mam rzeźnicze skojarzenia. Opisem funkcyjnych zalet wręcz zachłysnęłam się z wrażenia.

Pierwsze spojrzenie na panią i pana podzielonych na strefy i... kurczę, jestem u rzeźnika, gdzie często wisi rysunek świnki podobnie podzielonej na strefy (karkówka, schab itp. itd.)!!! Rozumiem zamysł autorów tego obrazka, ale właśnie takie mam skojarzenia w sprawie bielizny funkcyjnej.

                              "Rzeźnicza bielizna" w całej okazałości.

Ponieważ uwielbiam czytać wszelkie instrukcje obsługi i znajdować tam „kwiatki”, zagłębiłam się w lekturę wyliczanki opisującej poszczególne strefy na „rzeźniczym” zdjęciu prezentującym „koszulkę funkcyjną” i „spodnie funkcyjne”. Najbardziej ujęła mnie „strefa zgięcia łokcia” i „wentylacja dołu podkolanowego”. 


niedziela, 11 listopada 2012

Zadyma w kominiarkach Niepodległości


Relacje z obchodów Dnia Niepodległości po raz kolejny uzmysłowiły mi jak media – nie zawsze w sposób zamierzony – kreują rzeczywistość. I tak oto zadymiarze w kominiarkach stają się bohaterami dnia, a politycy – celebrytami. Skoro są znani, to wygrywają wybory. Szkoda, że wielu z nich oprócz brylowania na salonach niewiele ma do zaoferowania społeczeństwu.
Narodowe Święto Niepodległości obchodzimy na pamiątkę ponownego scalenia Polski po rozbiorach, po 123 latach życia pod zaborami - jest z czego się cieszyć. Święto zostało przywrócone w 1989 r. – to już wywalczyli współcześni nam. Tymczasem wszystkie media – chyba bez wyjątku – skoncentrowały się na relacjonowaniu wyczynów chuliganów i roztrząsaniu czy to policja urządziła „kocioł”. Znaczy znów wszystko przez policjantów? Niechętnie staję w obronie policji, ale czy funkcjonariusze mieli dać się ukamienować przez naszych wspaniałych rodaków w kominiarkach, żeby media nie robiły z policjantów winnych zamieszek?
Wróćmy jednak do ludzi w kominiarkach. Dlaczego robią zadymy przy okazji wszelkich pokojowych manifestacji? Bo wiedzą, że wszystkie media to pokażą, że będą tematem dnia, że kumplom pochwalą się jakie „jaja” zrobili, a wszyscy to oglądali. I jeszcze policji dokopią – piórami, mikrofonami i kamerami dziennikarzy. Nie doszukiwałabym się tu większej ideologii. I dzieje się tak, jak chuligani chcą. Nie jest to wina dziennikarzy, ale właścicieli mediów i wydawców. No bo jeśli w stacji XX pokażą rozpierduchę w Warszawie, a stacja YY z premedytacją przemilczy ten fakt, to dziennikarze stacji YY nazajutrz mogą sobie szukać innego zajęcia. Jeśli w gazecie ZZ opiszą, że polityk puścił bąka, a gazeta CC nie będzie miała tego „super newsa”, to dziennikarz gazety CC nazajutrz… To jakiś chory wyścig trwający od wielu lat. Coraz bardziej śmieszny w dobie internetu. Kiedyś każdy z dziennikarzy sam zdobywał tematy. Dzisiaj – jeśli mówimy o ogólnie dostępnych zdarzeniach – wystarczy śledzić neta.
Co stałoby się, gdyby media zrelacjonowały obchody Dnia Niepodległości i jedynie napomknęły, że była zadyma? Gdyby zmieniły proporcje? Gdyby ilustracją materiałów dziennikarskich nie były fotki kretynów w kominiarkach rzucających racami i kamieniami? Być może następne marsze i wiece nie cieszyłyby się tak dużym zainteresowaniem zadymiarzy? No bo po co? Gwiazdami by przecież nie zostali.
Podobnie rzecz ma się z kreowaniem na medialne gwiazdy ludzi, którzy wiele mówią, a niewiele robią. Jest to szczególnie groźne w przypadku polityków, bo to oni decydują o tym, jak nam się żyje. Kilka miesięcy po pewnych wyborach parlamentarnych spotkałam dawnego radnego miasta, który właśnie awansował na posła. To człowiek z zasadami. Naiwnie myślał, że jak zostanie posłem, to będzie mógł jeszcze więcej zrobić dla społeczeństwa niż w czasach, kiedy był samorządowcem. Na moje pytanie „I jak znajduje się pan w roli posła? Możliwości większe?” posmutniał jakoś i odpowiedział: „Naiwny nie jestem, ale nie myślałem, że to działa aż tak. Jestem trybikiem w maszynie. Nie mogę mieć własnego zdania. Dyskusje na ważne tematy wewnątrz własnego ugrupowania są źle widziane. Mam robić co mi każą. Kto? Nieliczna grupka stojąca na czele partii i kilku bezwarunkowo im przytakujących. Tych przytakujących ciągle widać w mediach.”
Przyjrzyjmy się kto wypowiada się w mediach? To cały czas ten sam zestaw nazwisk. To często ludzie, którzy niekoniecznie mówią merytorycznie, ale powodują, że np. jest śmieszniej. Czym innym wytłumaczyć olśniewającą karierę Nelli Rokity? Zmiana fryzury czy rękawiczek i telewizja informacyjna (?) już miała newsa. A Kazimierz Marcinkiewicz? Czy to na nartach w śmiesznej czapce, czy to recytujący ukochanej kiepskie wierszyki – jest news. A po tych wszystkich śmiesznych rzeczach, które wyprawiał – jest zapraszany do rozmowy na poważne tematy w roli eksperta. Hmmm…. Jeśli miał coś do powiedzenia, to dlaczego zawsze lał wodę, choć nie musiał już kierować się interesem partii? Politycy zamieszani w poważne afery w cywilizowanym kraju odeszliby w niebyt. U nas – z honorami są zapraszani przed kamery do dyskusji o przyszłości Polski. I leją wodę. I wszyscy ich znają. Jedynie w Superstacji można posłuchać trochę innego zestawu gości z grona posłów, senatorów.
To nie jest przypadek, że przed wyborami partie szukają kandydatów, którzy noszą nazwiska znane z mediów. Bo nie wybieramy ludzi, którzy coś zmienią w naszej popapranej rzeczywistości, tylko wybieramy ludzi, których nazwiska znamy. A że taki ktoś nie nadaje się do podejmowania ważnych decyzji? Nie szkodzi. I tak będzie tylko trybikiem w partyjnej maszynce.
Gdyby tak właściciele mediów mieli odwagę, by przestać się ścigać w pokazywaniu dupereli typu nowa garsonka jakiejś pani poseł i skarpetki posła ubrane do sandałów, to ci posłowie musieliby się wykazać wiedzą i działaniem, jeśli chcieliby zaistnieć w mediach. Może przy następnych wyborach rozdanie byłoby lepsze? Gdyby tak media przestały opisywać i pokazywać chuliganów w roli bohaterów dnia, to może byłoby trochę mniej zadym? 

wtorek, 30 października 2012

Największe lucyferyczne święto dyni


No i stało się. Teraz już wiem, że pójdę do piekła. Wszystko przez Halloween. Może to i dobrze, bo grzeczne dziewczynki idą do nieba (obawiam się, że mogłoby być nudno), a niegrzeczne idą tam gdzie chcą :)

Obśmiałam się serdecznie słuchając strasznych słów księży i biskupów przestrzegających przed obchodami Halloween (dla wytrwałych – smakowite cytaty z moimi komentarzami na końcu tych rozważań). Czego kościół katolicki tak się boi, że straszy zemstą Szatana za robienie lampionów z dyni i za przebieranki - jak na każdym innym balu maskowym? Dlaczego dzieciaki biegające w czarnych pelerynkach i proszące o cukierka pójdą do piekła, a dzieciaki w białych pelerynkach namolnie nachodzące ludzi w domu w okolicach Gwiazdki i straszliwie fałszujące pójdą do nieba? Przecież i jedne, i drugie nie robią tego z powodu wiary w cokolwiek, ale dla cukierka i pieniążka.

Uważam, że ślepe przejmowanie obcych zwyczajów jest głupie, ale żeby straszyć piekłem?

Nie obchodzę Walentynek. Jak ktoś chce, niech obchodzi naszą słowiańską Noc Kupały, noc świętojańską, sobótki czy jak tam zwał tak zwał, ale po co nam małpowanie obcych Walentynek? No i te kartki walentynkowe. Podrzucają je wszyscy wszystkim: dzieci - mamie i tacie (no super, zakochali się w rodzicach), dzieci – pani w przedszkolu i w szkole (wielka, nieodwzajemniona miłość?), koleżance z ławki czy koledze, który ma 5 lat (to miłość trwająca do najbliższej kłótni w piaskownicy). A może po prostu osobie, którą kochamy, tak bez okazji to powiedzieć? Trochę częściej niż raz na rok, czy raz na dziesięć lat? Wokół nas byłoby wtedy więcej miłości niż z powodu walentynkowych kartek...

Halloween... Może lepiej obchodzić nasze Dziady albo Zaduszki? Nie obchodzę Halloween, ale jeśli ktoś ma ochotę się bawić, to czemu nie? Straszliwie grzeszę co roku nie ganiając z wodą święconą za moimi dziećmi, które zaproszą koleżeństwo na domówkę, a nawet z jakiejś dyni wytną potwora. Będę się smażyć w piekle, bo w moim domu powstała taka oto fantastyczna maska (karaboszka). Bo po prostu zdolnego mam niemal Zięcia. Uspokajam: żadnych obrzędów odprawiać nie będziemy. Niżej – kolejne dzieło moich zdolnych dzieci.

                                                        Fot: babadziwo007

Świat się zlaicyzował. Święta Bożego Narodzenia to dzisiaj dla wielu święto Coca Coli (patrz reklamy), Rudolfa Czerwononosego i Kevina, co został sam w domu (święta bez tego filmu po prostu się nie liczą). Kolędowanie duszpasterza to zwykła gonitwa od mieszkania do mieszkania (w blokowisku jest sporo mieszkań), skasowanie koperty z datkiem i zdawkowe pytania: co u państwa słychać? czy dzieci chodzą na religię? Niewiele ma to wspólnego z prawdziwymi odwiedzinami u wiernych w domu i z prawdziwym zainteresowaniem „co u nich słychać”.

Święta Zmartwychwstania Pańskiego czyli Wielkanoc to po prostu kilka dni wolnych od pracy. W koszyczkach ze święconką, jeśli jeszcze kultywuje się tę tradycję, można znaleźć wszystko (z czekoladowym zającem w złotku na czele), tylko nie symbole odradzającego się życia.

                                              Fot: babadziwo007

Media huczą cytując dostojników kościelnych, jakby groziła nam zbiorowa ewakuacja do piekła. Oto wybór co smakowitszych treści:

se.pl: „Kościół przestrzega przed obchodami Halloween - noc z 31 października na 1 listopada to ważne święto w Kościele Szatana. W związku z tym Halloween spotyka się z krytyką ze strony Kościoła rzymskokatolickiego, prawosławnego, episkopalnego i luterańskiego oraz kościołów protestanckich. Zabawy typu wywoływanie duchów lub akty przemocy związane ze świętem w Kościele Szatana są potępiane przez Kościół katolicki. Kuria przypomina jednocześnie, że zgodnie z Katechizmem Kościoła katolickiego złą praktyką jest też korzystanie z horoskopów, astrologia, chiromancja, wyjaśnianie przepowiedni i wróżb, zjawiska jasnowidztwa, posługiwanie się medium.”

No i redaktorzy, którzy za karę muszą pisać bzdurki - horoskopy do swoich gazet mają zarezerwowane miejsce w piekle.

wp.pl: "W miastach i miasteczkach tysiące dzieci przebierają się za duszki i czarownice, aby zbierać po sąsiadach cukierki. Niewinne zabawy są srogo tępione przez Kościół, który podnosi to do rangi uprawiania magii i okultyzmu. Dla większości osób Halloween to jedynie fajna zabawa i nikt nie stara się doszukiwać w tym większej głębi. Jednak dla księży to zbyt wiele. Arcybiskup Andrzej Dzięga, metropolita szczecińsko-kamieński, krytykował z ambony to pogańskie święto: Obchody Halloween są w naszym pokoleniu zwykłą, chociaż często subtelną, promocją pogaństwa, ze wszystkim, co niesie ze sobą tzw. kultura śmierci – powiedział. – Sięgają bowiem pogańskiego kultu celtyckiego boga śmierci. Jest to także cicha, ale realna promocja satanizmu.
Ta niby zabawa, kusząca również dzieci łatwym cukierkiem, niesie też realną możliwość wielkiej duchowej szkody, wręcz zniszczenia życia duchowego. Pod niewinną nazwą „psikusów” wobec tych, którzy odmawiają współudziału w tej niby zabawie, mogą się umacniać postawy szkodzenia drugiemu człowiekowi - mówił arcybiskup.
Do sprawy odniósł się także kardynał Kazimierz Nycz,metropolita warszawski, który wydał w tej sprawie oświadczenie. „Korzenie „Halloween” związane są z pogańskimi obchodami święta duchów i z oddawaniem czci celtyckiemu bogu śmierci – głosi oświadczenie. – Anton Lavey, twórca współczesnego satanizmu, stwierdził iż noc z 31 października na 1 listopada jest największym świętem lucyferycznym. (...) Często praktyki okultystyczne kryją się pod pozorem zabawy „przekupywania duchów”, do której zaprasza się dzieci, młodzież i dorosłych. Nie są one zgodne z nauką Kościoła. Zatem praktykowanie Halloween mija się z powołaniem chrześcijanina.”

Ha, zbieranie cukierków przez młodocianych przebierańców to realna promocja satanizmu :)

Interia.pl: ”Stąd wątpliwości ludzi ochrzczonych są uprawnione: po co, jaki jest sens świętowania pogańskiego rytu? Jezuita ks. Posacki - autorytet nawet wśród egzorcystów - twierdzi, że tradycja Halloween przejęta została z kultów magicznych i satanistycznych. Przypomina, że „ta pogańska tradycja została zawłaszczona przez satanistów, którzy Noc Halloween (z 31 października na 1 listopada) łączą z wieczorem tzw. „czarnych mszy” i orgii seksualnych, związanych z jednoczeniem się z demonami”. Dalej ksiądz Posacki mówi, że „wiąże się to także ze składaniem ofiar z ludzi w kulcie satanistycznym”. Tym, którzy widzą w Halloween tylko zabawę ksiądz Posacki przypomina, że „w tradycji amerykańskiej „święto” to wygląda pozornie niewinnie i wydaje się być jedynie zaspokojeniem potrzeby tajemniczości, czemu sprzyja m.in. przebieranie się za czarownicę, wampira, ducha czy diabła" - podsumował Raś.”

O kurde, lampion z dyni prowadzi do składania ofiar z ludzi. Hodowcy dyni – na stos. Wszystko przez nich :)