wtorek, 27 sierpnia 2013

Wyprawka szkolna - podręczniki dla bogaczy

Podręcznik w formie pdf, przygotowany przez Ministerstwo Edukacji Narodowej (lub na jego zlecenie), wydrukowany na szkolnej drukarce, lub nawet w punkcie ksero, albo jeszcze lepiej – dostępny na czytniku e-booków. Tanio dla rodziców i lekko w tornistrze ucznia. Czy rząd mógłby W KOŃCU zrobić coś dla Polaków, zamiast zajmować się rozgrywkami personalnymi i lansem?

Jak co roku na hasło „nowy rok szkolny” zemdliło mnie, bo znów piętnaście razy dziennie słyszę i czytam w mediach, że to „wyzwanie dla rodziców przedszkolaków i uczniów”. Tym razem nie czepiam się mediów, ale chronicznego bezwładu rządu, który gdyby chciał, to bez kosztów mógłby położyć kres tej heroicznej wręcz walce z pustym portfelem i ciężkim tornistrem.
Do wielkiej bitwy o to, żeby pani w szkole nie postawiła do kąta za brak podręcznika i zeszytu, żeby rodzice na wywiadówce nie dostali po głowie bo „nie dbają o dziecko” i są „niewydolni wychowawczo”, żeby rówieśnicy w klasie nie wyśmiali „biedaka”, staje we wrześniu ok. 4,5 mln uczniów i ich rodzice (w uproszczeniu – 9 mln rodziców). To duża armia w niemal 40-sto milionowym państwie.
Sprawa jest poważna, bo jeśli kurator sądowa z Dolnego Śląska niedawno uznała, że można zabrać 5-letnie dziecko rodzinie, bo waży kilka kilogramów za dużo (nie, nie popieram niezdrowej nadwagi),  to równie dobrze może uznać, że jeśli rodziców nie stać na podręczniki do szkoły, to w majestacie państwa należy zabrać je do „bidula”.



                                   Po lewej: przaśny podręcznik do "polaka" z czarno-białymi obrazkami
                                   z 1968 r., wydanie z 1980 r. Używałam jej ja i trójka mojego rodzeństwa. 
                                   Kto jeszcze? Nie pamiętam. Po prawej: kolorowa i piękna książka do 
                                  "matmy" z 2008 r. Rok wcześniej obowiązywała inna jej wersja - czy 
                                   skorzystało z niej więcej niż jedno dziecko? Chyba nie. Jeśli chodzi o 
                                   zawartość podręczników - w wolnej Polsce to już chyba nawet do historii
                                  można byłoby opracować jeden, obiektywny podręcznik, żeby służył przez lata...
                                  Fot. babadziwo007

 

Minimalna płaca w 2013 roku to ok. 1200 zł na rękę. Panie i panowie prezesi, dyrektorzy, posłowie , ministrowie – uwierzcie, że ludzie zarabiający grosze, to w tym kraju wcale nie taki rzadki przypadek. Nie mówiąc o ludziach pracujących na umowach śmieciowych. Z  perspektywy bogaczy jest to nie do pomyślenia, ale właśnie tak wygląda przeciętne finansowe życie przeciętnego Polaka. Spróbujcie przeżyć za 1200 zł, płacąc za mieszkanie, prąd, gaz, i słuchając, ze schamieliście, bo do teatru nie chadzacie. Żeby wyposażyć jedno dziecko do szkoły trzeba przeciętnie wydać 500 – 600 zł. Największa część tych wydatków to podręczniki. Zakładając, że mówimy o pełnej rodzinie, gdzie oboje zarabiają „minimalną” i mają czworo dzieci (jakże pożądanych przez państwo), to żeby wyposażyć je do szkoły rodzina ta nie powinna przez miesiąc jeść, ani płacić żadnych rachunków.
Ministerstwo Edukacji Narodowej miłościwie śpieszy z pomocą - program „Wyprawka szkolna”. Dlatego my, podatnicy wydamy na ten cel 180 mln zł. MEN na swojej stronie z dumą chwali się, że to o 52 mln zł więcej niż w zeszłym roku. Jest super!!! Tym bardziej, że część pieniędzy wróci do skarbu państwa w postaci podatku VAT od książek.
Żeby skorzystać z tego miłosierdzia, dochód nie może przekroczyć 539 zł na osobę. Alleluja! Jak dochód wyniesie 600 zł na osobę – znaczy bogacz i zobaczy figę.
A może by tak w końcu podać przysłowiową wędkę zamiast jednorazowej jałmużny? Przepraszam – ryby?
Ostatnio obejrzałam w Bankier.tv ciekawą dyskusję („Kto zarabia na wyprawkach?”). Okazało się, że rynek wydawnictw w Polsce jest wart 2 mld zł. Złoty interes, wziąwszy pod uwagę, że nowe podręczniki wprowadza się co roku, co dwa, co trzy lata. Czy tak szybko zmienia się np. historia, czy matematyka? Skoro nie można korzystać z książek używanych, trzeba kupić nowe – interes się kręci. Ostatnio w TV pani z księgarni stwierdziła, że zadała sobie trud porównania nowego wydania podręcznika z matematyki z tym starym. „Nawet zadania mają taką samą treść, zmieniają się tylko dane” - stwierdziła. Ciekawe kto na tym zarabia 2 mld zł wyciągnięte z kieszeni rodziców? I kto się na to godzi?
We wspomnianej dyskusji eksperci podali na tacy logiczne rozwiązanie problemu. Eksperci na zlecenie MEN mogliby przygotować podręczniki zgodne z podstawą programową (przecież i tak MEN musi te podręczniki zatwierdzić). Te podręczniki w formie pdf można byłoby bezpłatnie pobrać ze strony MEN (w szkole lub w domu) i wydrukować. Załóżmy, że książka ma 100 stron, oznacza to 50 stron formatu A4. Według cennika jaki znalazłam w necie druk jednej strony A4 dla jednej kopii to koszt 15 groszy. Wydrukowanie takiej książki to koszt 7,5 zł. Im więcej kopii (np. wspólny druk dla całej klasy) – tym taniej. Na szkolnej drukarce, kupując tylko papier, byłoby jeszcze taniej. W księgarni podręcznik kosztuje 30 - 100 zł.
Jeszcze lepszym rozwiązaniem byłoby zlitowanie się nad lasami (papier) i kręgosłupami uczniów (tornister ucznia drugiej klasy podstawówki waży nawet 8 kg!!!) i przejście na czytniki e-booków. Nawet gdyby mieli je kupić rodzice, to po trzech minutach przeszukiwania internetu znalazłam takie czytniki w cenie 69 zł. I tak oszczędność.
Proste i skuteczne. I to byłaby dobra cegiełka wrzucona do worka „polityka prorodzinna”. Ale kto by tam w rządzie zajmował się takimi duperelami. Cóż tam dla posła te kilkaset zł wydanych na podręczniki dla swojego dziecka. Rząd się wyżywi. A reszta? Niech sobie radzi jak chce. Hurra, niech żyje bezpłatna edukacja…
Wiem, że nie na temat, ale tak mi się przypomniały ideały Sierpnia ’80. Czy rządzącym ludziom Solidarności nie jest po prostu wstyd, że za czasów słusznie minionych, może książki i zeszyty nie były takie piękne, ale za to dostępne? Choćby te wytarte gumką myszką, kupione na szkolnym kiermaszu, lub odziedziczone po rodzeństwie?

środa, 21 sierpnia 2013

Amber Gold: skarbówka niewinna z przepracowania...



Bue he he he.... Że niby mamy państwo prawa. Prokuratura Okręgowa w Gdańsku właśnie rozgrzeszyła urzędników skarbówki w sprawie Amber Gold z powodu „ponadnormatywnego obciążenia pracą i jej wykonywaniem w zastępstwie innych, nieobecnych osób”.

Idąc tropem przepracowania...
Czy kierowca autokaru, który po 12-godzinach za kółkiem spowoduje wypadek w którym zginie 20 osób, też zostanie rozgrzeszony, bo był przepracowany?
Czy chirurg, któremu ręka się „omsknie” i pacjent zostanie kaleką, zostanie rozgrzeszony, bo nie było zmiennika i dlatego nie poszedł odpocząć, tylko ratował komuś życie?
Czy kasjerka w supermarkecie lub księgowa, której pomylą się nominały banknotów lub rzędy cyferek, czego skutkiem będzie strata firmy może liczyć na poklepanie po plecach przez szefa i usłyszy: „rozumiem, jest pani przepracowana”.
Czy dziennikarz, któremu zupełnie „rozbiegną się zajączki” – oczywiście z przepracowania – przy okazji pisania tekstu dotyczącego prokuratury, może później liczyć na wyrozumiałość tejże prokuratury?


                               Dla maluczkich skarbówka jest bezwzględna, 
                               dla ustosunkowanych to tylko strach na wróble. 
                               Fot: babadziwo007

Urzędnicy skarbówki  w sprawie Amber Gold byli tak przepracowani, że przez lata przymykali oko na na tzw. „otwarcie obowiązku w podatku dochodowym od osób prawnych”. To już chyba całkiem ze zmęczenia na oczy nie widzieli, skoro nie zauważyli braku podpisu osób uprawnionych do działania w imieniu spółki, a mimo to zarejestrowali spółkę o słynnej nazwie Amber Gold. Urzędnicy jakby zupełnie nie zauważyli braku kopii umów rachunku bankowego spółki. Stwierdzono także „bezczynność organu podatkowego” w zakresie egzekwowania terminowego składania deklaracji podatku VAT i zeznań CIT. Ale tak to już jest, że przepracowany urzędnik musi być bezczynny, żeby odpocząć w pracy. No i to wszystko - zdaniem prokuratury - nie miało żadnego wpływu na taki drobiazg, że ponad 11 tys. osób straciło oszczędności życia. Przecież były to tylko zaniedbania urzędników skarbówki.
Czy taki zwykły Kowalski, który nie ma sztabek złota, może spóźnić się ze złożeniem deklaracji wszelakich i zapłatą podatku? Nie, bo dla przeciętnego Kowalskiego urzędnicy skarbówki zawsze mają czas i są dostatecznie wypoczęci, by wyśledzić każde, choćby niezamierzone uchybienie. A prokuratura ochoczo pomoże go ścigać.
Kilka lat temu, jako praworządny obywatel złożyłam roczny PIT. Ponieważ zagmatwanie formularza do rozliczeń było wtedy jeszcze większe niż teraz, kwity wypełniła mi księgowa. Niewiele czasu minęło, kiedy dostałam wezwanie do stawienia się w skarbówce. Rzecz jasna tak sformułowane, że poczułam się jak przestępca. Kiedy w skarbówce znalazłam w końcu właściwy pokój i panią, która mnie wezwała do tego karnego raportu, ta od progu zaczęła na mnie po prostu wrzeszczeć - jak wredny nauczyciel na pierwszoklasistę. Kiedy udało mi się dopytać o co chodzi – okazało się, że wszystko w rozliczeniu się zgadza, ale pomyliły się rubryczki... Dzielna pani ze skarbówki zdemaskowała przestępcę. Widać akurat była wypoczęta.

wtorek, 6 sierpnia 2013

Podobno odwiedzi mnie Ozzy Osbourne…

Dziennikarze byli kiedyś nazywani „czwartą władzą”. Po gazety sięgano, by dowiedzieć się, co dzieje się w kraju i na świecie. Tzw. „michałki” czyli śmieszne, lub lekkie tematy miały swoje miejsce w rubryce „po godzinach”, na ostatnich stronach gazety. Dzisiaj bzdurki awansowały na główne tematy dnia. Nie tylko w gazetach.

Obrażę pewnie wielu dziennikarzy, ale śmiem twierdzić, że dziennikarstwo wskutek polityki wielu redakcji dogorywa. Duperele lansowane są jako wydarzenia wielkiej wagi. Prawdziwe problemy, którymi dziennikarz powinien się zająć, spychane są w kąt. I – powtarzam – nie jest to wina dziennikarzy, tylko polityki redakcji. Tak się zastanawiam, jaką rolę obecnie odgrywa ta „czwarta władza”? Czy chodzi już tylko o lansowanie polityków i celebrytów, by podnieść oglądalność strony www czy wiadomości w TV?

Wczoraj przejrzałam główne strony trzech, bodaj największych portali informacyjnych. Takie portale – jak wiadomo – są dzisiejszymi odpowiednikami gazet. I co znalazłam na ich głównych stronach? Królują takie tematy:
„Kim jest wybranka Jerzego Janowicza? Nie lubi o tym mówić.” Ale media lubią. Nie ważne, czy mają coś do powiedzenia, czy nie. Rozwaliło mnie zdanie: „Podobno już wcześniej widziano Martę i Jerzego, całujących się podczas turnieju tenisowego w Madrycie.” Równie dobrze mogę zapodać newsa, że podobno jutro odwiedzi mnie Ozzy Osbourne, a nietoperze, które podobno mieszkają na moim balkonie już drżą ze strachu.


                                    Fot. wikipedia  Nietoperze już drżą ze strachu, bo podobno odwiedzi mnie Ozzy…

„To z nim zdradziła Maćka! Kim jest ojciec dziecka Samanty Stuhr?” No i leci niemal notatka z wikipedii na temat domniemanego, czy prawdziwego kochanka, zakończona przypuszczeniami, kiedy to zakochali się w sobie i czy kapela tego gościa ma szansę poważnie zaistnieć na polskim rynku muzycznym. Przyznam, że bez tej wiadomości nie mogłabym dalej żyć.
„Skradli serce Bachledzie-Curuś. Komu udało się rozkochać Alicję?” No i znany portal prezentuje czterech panów, którzy mają coś, lub cokolwiek mieli wspólnego z aktorką. Brakuje mi tylko sondy, w której czytelnicy wybiorą dla niej faceta, a ona będzie zobowiązana hajtnąć się z nim i spowiadać się publicznie z prywatnego życia.
„Kasia Zielińska wyglądała ślicznie. A jak na własnych ślubach wypadły inne polskie gwiazdy? Zobacz.” No przyznam się, że od miesięcy źle sypiałam, tak bardzo nie mogłam się doczekać, by zobaczyć kreację ślubną Kasi Zielińskiej. Właściwie to cały czas źle sypiam, bo tyle gwiazd staje na ślubnym kobiercu, że ciągle nie mogę się doczekać takich newsów.


                                    Taką tapetę można pobrać ze strony: www.wkinach.pl 

„Joasiu, wszystko ci widać! Ciężarna Liszowska cała w prześwitach.” No i po takim rewelacyjnym tytule widzimy gwiazdę z Polsatu, która na ślub Kasi Zielińskiej „wybrała niezwykle odważną kreację, która odsłoniła zgrabne nogi aktorki. Niektórzy pewnie będą zszokowani taką modową nonszalancją.” Rzeczywiście byłam zszokowana. Zdjęcia pani w koronkowej sukni do ziemi. No i co z tego?
„Ta część ciała stała się do tego stopnia popularna, że...” Okazuje się, że niezwykle ważną częścią ciała są stopy.  „Na wikipedii powstała oddzielna podstrona: "wikifeet", na której użytkownicy mogą umieszczać zdjęcia stóp celebrytów. Każdą fotografię można ocenić w skali od 1 do 5.” Najważniejsza jednak informacja z tego tekstu brzmi: „Swego czasu Justin Bieber miał lepsze zajęcia niż podziwianie stóp Seleny Gomez...”
No i deser: „Pies zatrzymał ruch na rosyjskiej ulicy!” Emocje sięgają zenitu. Na filmiku widzimy, jak gość goni po ulicy uroczego pieseczka, który mu zwiał.

Obejrzałam dzisiaj wieczorne wiadomości w trzech największych stacjach telewizyjnych. We wszystkich trzech najważniejszym tematem były trzy lata prezydentury Bronisława Komorowskiego. Rzetelnych podsumowań było mało, dowiedziałam się za to, że zdążył się już zadomowić. Do tego absolutne zachwyty posłów PO i oczywista krytyka posłów PiS. No kto by się spodziewał? Popytałam kilku znajomych o tę wspaniałą rocznicę. Wzruszyli ramionami i stwierdzili: „No i co z tego?”
Drugim najważniejszym tematem było: co posłowie robią w wakacje? I seria fotek Jarosława Gowina: z góralską ciupagą, w smażalni rybek z piwkiem, na statku. Do tego o remontach w pustym sejmie. Waga tematu mnie zabiła. Podkreślam – nie był to „michałek” na deser.


                                    Fot: wikipedia  Porażająca wiadomość: posłowie są na wakacjach.

Gdzieś tam bliżej końca wiadomości analizowano zdarzenie z Sierzewia, kiedy to ratownicy pogotowia odwieźli zmarłego w karetce pacjenta na miejsce wypadku i tam go zostawili. Wszyscy wieszają psy na ratownikach (też nie pochwalam takiego zachowania), ale na pierwsze miejsce wybiłabym bałagan w przepisach, który do tego doprowadził. Okazuje się, że nie zawieźli ciała do szpitala, bo zmarły nie zostałby tam przyjęty. Brakuje jednoznacznych przepisów, jak należy postępować w takich sytuacjach, a lekarz pogotowia nie ma w obowiązkach czegoś takiego jak stwierdzenie zgonu.
Tymczasem PAP podał dzisiaj komunikat Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej, że bezrobocie zmalało o 0,1 %. Przypomnę, że mamy lato, kiedy to bezrobocie od lat spadało znacznie, bo w sezonie zawsze spada – pracy jest więcej. Komunikat ukazał się o godz. 14.33 – naprawdę dałoby radę zrobić materiał do wieczornych wiadomości i to ważniejszy od tych powyżej. A tu… ani słowa.
Cóż, ważniejsze jest robienie lansu celebrytom i politykom…

poniedziałek, 29 lipca 2013

Wielki Brat cię wyśledzi

E-maile moje i moich znajomych oraz facebook są ostatnio zasypywane ciekawym spamem. To propozycja usługi – zapewne odpłatnej – śledzenia krewnych i znajomych przy pomocy lokalizowania ich telefonu komórkowego. Do tego pomysł, by miejski monitoring rejestrował również prywatne rozmowy...

Wiem, że z technologicznego punktu widzenia jest możliwe śledzenie mojej osoby przy pomocy telefonu komórkowego. Wolałabym jednak, by możliwości śledzenia mieli tylko stróże prawa, i to w uzasadnionych przypadkach (namierzenie mordercy – bezcenne). Tymczasem dzisiaj śledzić może każdy każdego i jeszcze na tym zarabiać. Wiem, że niewinni śpią spokojnie, ale mimo wszystko nie podoba mi się taka możliwość. Przede wszystkim dlatego, że każdy chce mieć odrobinę prywatności. Jeśli będę chciała zrobić niespodziankę mojemu facetowi, wybiorę się do jego kolegi, żeby załatwił bilety na fajny mecz, a mój facet mnie namierzy nie znając konktekstu - awantura gotowa: "Zdradzasz mnie z kumplem". Jeśli 14-letnia córka zostanie przyłapana w budynku, w którym mieści się peep-show - awantura gotowa, nie szkodzi, że nie wiedziałam, że w tym samym budynku mieszka jej koleżanka. Itp, itd.


Wystarczy, że jesteśmy podglądani przez czujne oko monitoringu miejskiego, sklepowego oraz tego w firmach i wokół prywatnych domów. Na to się godzę. Nie kradnę, nie morduję, włamania nie planuję, więc to dla mojego bezpieczeństwa. Jednak niedawno media podały, że pojawiły się pomysły, by monitoring wiązał się nie tylko z obrazem, ale i z nagrywaniem głosu, znaczy moich prywatnych rozmów. To już zalatuje programem Big Brother, Wielkim Bratem który bezustannie czuwa, by w odpowiednim momencie powiedzieć przez jakieś uliczne megafony:
- Babadziwo: nie gap się łakomie na tego przystojniaka, ani nie mów do koleżanki, że fajne ciacho z niego. To nieetyczne.
- Pani Puszysta: zostaw w spokoju trzeciego pączka i nie opowiadaj narzeczonemu, że to pierwszy dzisiaj.
- Pan w zielonej koszuli: odłóż tę zgrzewkę piwa - wczoraj żona przy kolacji mówiła, że za dużo pijesz.
- Pan w sandałkach i skarpetach: nie kupuj tego "świerszczyka" z tą fajną blondynką w bikini na okładce - twoja dziewczyna jest brunetką i nie lubi świńskich gazetek.


Jak to wszystko ma się do ochrony danych osobowych? Zajrzałam na stronę Generalnego Inspektora Ochrony Danych Osobowych. Na "dzień dobry" okazało się, że żeby "wnieść skargę" muszę "uiścić" 10 zł opłaty skarbowej i podać moje dane (imię, nazwisko i adres).
Jeśli chodzi o sprawy ogólnie dostępne, których nikt nie chce zauważyć (takie same e-maile z propozycją śledzenia kogoś zapewne dotarły również do pracowników GIODO), dotyczące dobra ogółu, a nie tylko mojego, to nie rozumiem ani opłaty, ani podawania moich danych.
Dalej ze strony GIODO dowiedziałam się, że skargę powinnam złożyć za pomocą elektronicznej skrzynki podawczej dostępnej na stronie www, ale - i tu cytat: "UWAGA! Skarga składana drogą elektroniczną powinna być opatrzona bezpiecznym podpisem elektronicznym weryfikowanym za pomocą ważnego kwalifikowanego certyfikatu, przy zachowaniu zasad przewidzianych w przepisach o podpisie elektronicznym."
Dla niezorientowanych: cena takiego podpisu to 150 - 250 zł. A może i więcej - zależy jak bardzo bezpieczny ma być ten podpis.
Dopiero wgrzebując się bardzo głębowo w bebechy informacyjne strony odkryłam, że skargę można też przesłać zwykłym e-mailem, ale tu znów nie podano adresu - trzeba samemu szukać go w różnych zakamarkach strony GIODO.
Mówiąc krótko: nie zachęca to do zwracania uwagi właściwego urzędu funkcjonującego również za moje pieniądze (podatki) na sprawy dotyczące należącej mi się odrobiny prywatności. A ci którzy chcą zarabiać na śledzeniu mnie mogą spać spokojnie. Niech żyje dobrze zorganizowane państwo.



czwartek, 11 lipca 2013

Sępy polują na bigos i browarka

Cześć, nazywam się Jakub i pracuję w pewnej placówce kulturalnej jednego z większych miast Polski. Z pełnym przekonaniem mogę powiedzieć, że moja rodzima instytucja to jeden z ostatnich bastionów PRL-u. Nie jest oczywiście żywcem wyjęta z epoki, bo z pozoru wygląda na całkiem nowoczesną. Z pozoru… 

Za fasadą normalności kryją się setki absurdów i patologii, nie zmieniające się od lat. Właśnie te historie chciałem Wam tu przedstawić korzystając z uprzejmości Autorki tego bloga, jednak temat przerósł moje możliwości – nie da się ich wystarczająco skrócić. Dlatego opisuję je na moim blogu: placowka.blogspot.com
Tu postanowiłem opisać inne ciekawe zjawisko, które można zaobserwować czasami w mojej placówce…

Kojarzycie Chytrą Babę z Radomia? Jeśli nie, to wyszukajcie to hasło na YouTube. W każdym razie, w mojej placówce od czasu do czasu organizuje się wernisaże, festiwale czy panele dyskusyjne, którym na ogół towarzyszy poczęstunek lub w przypadku większych okazji bankiet. Prócz gości zaproszonych i osób zainteresowanych wydarzeniem przychodzą i tacy, których jedynym celem jest wyjadanie postawionych przekąsek. Ludzie ci potrafią przyjść tylko po to, by zjeść kilka paluszków i wypić szklankę soku. Ja rozumiem, żyjemy w biednym kraju, jest wielu ubogich, ale do cholery! Na trzy krakersy i lampkę wina to nawet bezdomnego stać. Jeśli oni (nazywamy ich Sępami) traktują to jako darmowy posiłek to nie ma to sensu, gdyż nawet nie rekompensuje im wysiłku włożonego w przyjście do mojej instytucji. Ale co tam! Ważne, że za darmo! Indywidua te wzbudzają przy okazji zniesmaczenie lub w najlepszym wypadku rozbawienie u gości zainteresowanych wydarzeniem, na które przyszli. Oczywiście dla tych drugich często nic nie zostaje, zupełnie jak po przelocie szarańczy…


                                    Ludzie czasem upodabniają się do sępów...
                                    Fot: wikipedia

Prawdziwe jaja zaczynają się przy okazji bankietów, gdzie już pojawiają się na przykład: catering z ciepłymi posiłkami czy piwo z nalewaka. W tym miejscu chciałbym opisać kilka konkretnych przypadków największego kalibru:

1. Nalewałem gościom piwo przy zaimprowizowanym barze. Za darmo, więc w kolejce stała połowa ludzi (druga połowa oblegała stoły z jedzeniem). Ponieważ miałem ograniczoną ilość plastikowych kubków do piwa, a wiedziałem że większość będzie przychodziła po dolewkę, uprzedzałem by nie wyrzucali ich do śmieci. Po czterdziestu minutach piwo mi się skończyło, ale siedziałem dalej przy barze obserwując imprezę. Alkohol był dostępny nadal, ale naprzeciwko – za pieniądze. W pewnym momencie podszedł do mnie chwiejący się pan i poprosił bym nalał mu browarka, powiedziałem że już nie ma, a on dalej swoje. Po pięciu minutach ustąpiłem i wyciągnąłem spod lady napoczętą butelkę wina. Poprosiłem go o kubek. Nie ma, rzekł bełkotliwym tonem, wyrzucił. No to odmówiłem wina, bo i w co miałem nalać. No to on znowu zaczął jęczeć. W końcu zobaczył, że w rogu baru stoi jakiś kubek, więc prosi bym w niego mu nalał, zgodziłem się. Kiedy jednak wziąłem go do ręki zobaczyłem, że był już używany, mało tego, wyglądało jakby ktoś do niego strzepnął popiół. No to podzieliłem się z mężczyzną moją obserwacją, a on na to że nie szkodzi. Spojrzałem jeszcze na jego pazerny ryj i już bez żadnych wątpliwości nalałem mu do pełna. A mogłem dać całą butelkę, a niechby ciągnął z gwinta.


                                    Czy wysępiony browarek smakuje lepiej? 
                                    Oto jest pytanie.         Fot: babadziwo007

2. W jednej z sal stał suto zastawiony stół. Były na nim między innymi: pierogi, bigos, kanapki, no żarcia dla stu osób. Kiedy tylko drzwi się otworzyły skoczył na niego dziki tłum, z którego dziesięć osób po chwili odeszło trzymając w dłoniach dwa lub trzy talerzyki, z których aż wysypywało się jedzenie. Poszedłem za nimi, bo ciekaw byłem jak chcą to zjeść, a może tylko dla kogoś nieśli. Kiedy w końcu odeszli na bok i odłożyli swoje łupy na stoliki lub parapety, wyciągnęli z kieszeni foliówki i zaczęli pakować wszystko nie patrząc jak leci. Ważne że żarcie było darmowe i można było do domu zanieść.

3. W połowie bankietu zabrakło filiżanek do herbaty, bo obsługa nie nadążała myć. Pewna rezolutna Sępiara poprosiła by wrzucić jej torebkę i zalać wrzątkiem w… wylizanej bulionówce po bigosie (niedokładnie zresztą wylizanej). Co kto lubi.

4. Koleżanka wynosiła z pustego już stołu naczynia. Akurat przechodziła z tacą, kierując się do kuchni, gdy wpadła na spóźnioną Sępiarę, która spytała czy zostało coś do jedzenia. Koleżanka na to, że nie. No to tamta kobitka spojrzała łapczywym wzrokiem na trzymaną przez nią tacę, na której znajdowała się sałata ozdobna i spytała czy może ją sobie wziąć? Koleżanka na to, że tego się przecież nie je, ale tamtej to nie przeszkadzało, chwyciła sałatę, wepchnęła ją sobie do kieszeni i uciekła.

5. I jeszcze jeden bankiet. Towarzystwo wyjadło cały bigos z wielkiego, dziesięciolitrowego gara. Wyjedli to wyjedli, koniec imprezy można by rzec. Ale nie! Jakież było moje zdziwienie, gdy zobaczyłem faceta podwijającego sobie rękaw i gołą ręką zbierającego resztki ze ścianek, by przerzucić je na swój talerz. Komentarz zbędny.


                                    Szanowni, za darmochę, więc jedzmy do dna!
                                    Fot: babadziwo007

niedziela, 7 lipca 2013

67-letnia baletnica...

Prześladuje mnie obraz baletnicy na scenie w wieku 67 lat, która mimo artretyzmu próbuje stanąć na pointach, bo tak ustawodawca nakazał. A pracodawcy - na zachętę - oferują pracę tylko w młodym zespole. Znaczy starszych wykopać za burtę. Bo głupki jakieś takie...

Tym razem będzie mało śmiesznie. Znajomy szuka pracy. Bliżej mu do sześćdziesiątki niż dwudziestki. Staram się pomóc w poszukiwaniach. Taki chyba normalny odruch. Oznacza to, że przeszukuję mnóstwo ogłoszeń pod hasłem „dam pracę” - co cztery, dziesięć czy dwadzieścia oczu, to nie dwoje. Przejrzałam ostatnio sporo ogłoszeń. Ich cechą wspólną jest hasło: „oferujemy pracę w młodym, przyjaznym i profesjonalnym zespole”.
Znaczy zespół starszy raczej nie jest przyjazny? No tak, ramole, co ciągle zrzędzą. Dla dwudziestolatków często ramolem jest już czterdziestolatek. Szkoda, że dla pracodawców również. Znaczy zespół starszy nie jest profesjonalny? No i tego to zupełnie nie rozumiem. Czy młodość jest gwarancją dobrej atmosfery i profesjonalizmu?

Dawno, dawno temu, w czasach prehistorycznych, kiedy po ziemi ganiały dinozaury, kiedy nie było internetu, smartfonów i tabletów, określenie „człowiek starszy” bądź „człowiek stary” oznaczało „człowiek o dużej wiedzy i dużym doświadczeniu życiowym i zawodowym”. Dzisiaj „człowiek starszy” przeważnie oznacza „głupek”, bo często nie wie co to pendrive, prędkość internetu i jak – najlepiej nielegalnie - ściągnąć hity Jurka Połomskiego lub Led Zeppelin (w zależności od upodobań). A nawet jeśli wie jak to zrobić – i tak jest głupkiem, bo jest stary, więc z założenia i tak nic nie wie.

                                   Fot: wikipedia, balet "Dziadek do orzechów"

Stwierdzenie od wielu lat obecne w ogłoszeniach dotyczących pracy: „oferujemy pracę w młodym, przyjaznym i profesjonalnym zespole” jasno sugeruje, że pracodawcy chcą zatrudniać ludzi młodych, a nie starszych. Nie szkodzi, że starsi mają doświadczenie, ciąży raczej nie planują, a i młodych mogą czegoś nauczyć. Czegoś, czego w dzisiejszych szkołach (przepraszam - na studiach), gdzie liczy się jedynie fakt, że stać cię (a raczej stać twoich rodziców) na naukę, a nie czy jesteś zdolny - liczy się najbardziej.

Takie odstawienie na boczny tor ludzi starszych (no bo w wyobrażeniach pracodawców już czterdziestolatek chwieje się nad grobem) jest żenujące. Szczególnie w sytuacji wydłużenia stażu pracy, który uprawnia do przejścia na emeryturę. Kiedy dotarła do mnie informacja o reformie emerytalnej, o tym, że na emeryturę można przejść dopiero w wieku 67 lat, zobaczyłam oczami wyobraźni kilka obrazków.

Po pierwsze: gdzie znaleźć pracę w wieku lat sześćdziesięciu? Szczególnie „w młodym zespole”. A przecież nie jest zabronione zwalnianie ludzi w tym wieku.
Po drugie: kiedy w końcu odpocząć od obowiązków życia? Wtedy, kiedy już nic się w życiu nie chce? Mądrość życiowa głosi, że jeśli po czterdziestce budzisz się i nic cię nie boli – znaczy nie żyjesz. A po sześćdziesiątce?
Po trzecie: prześladuje mnie obraz baletnicy tańczącej na scenie w wieku 67 lat, która mimo artretyzmu próbuje stanąć na pointach, bo tak ustawodawca nakazał... (nie, znajomy nie jest tancerzem). Albo obraz człowieka, który ciężko pracuje fizycznie: hutnik, górnik, doker czy ten, który łopatą kopie rowy, by rozwijać sieć np. telefoniczną itp. Zmienią pracę? Na jaką? Zapewne w młodym zespole...







środa, 3 lipca 2013

Chicago i Tel Aviv przeniesione do Europy!



Współczesne technologie umożliwiają już praktycznie wszystko. Nawet przeprowadzki całych miast. Ludzie są po prostu zdolni!

Pewnego pięknego dnia otworzyłam moją pocztę. Oczywiście, że zalał mnie potop spamu. No jakżeby inaczej. Zainteresowały mnie jednak tanie połączenia lotnicze. Wprawdzie nigdzie się nie wybieram, ale zawsze można dać znać krewnym i znajomym królika, że coś gdzieś jest taniej. Otworzyłam e-maila i zobaczyłam taki oto obrazek:


Niewinna promocja lotnicza okazała się tajną informacją o przeniesieniu Chicago i Tel Avivu do Europy! Nie rozumiem dlaczego przemknęło to bez echa przez wszelkie media, dla których newsem jest np. kolejny koniec świata, albo niezwykle ważny fakt, że Marcinkiewicz dostał order za „szczere i nieustające zaangażowanie na rzecz przyjaźni francusko-polskiej”.
Przecież wkroczyliśmy w nową epokę! Na wakacje będzie się podróżować nie wychodząc z domu, bo skoro można przeprowadzić całe miasto, to co za problem przeprowadzić dom na czas urlopu w ramach „szalonej środy”?