niedziela, 7 października 2012

Mieszkania dla światłożerców


W drodze do pracy codziennie mijam – niedawno ukończoną – budowę baaardzo wielorodzinnego budynku. Od pewnego czasu czytam ogłoszenie: „Mieszkania od 5990 zł / m2”. Spoglądając na światła w niewielu zasiedlonych mieszkaniach policzyłam: człowiek zarabiający płacę minimalną, odkładający co miesiąc całą swoją pensję, zbierałby na mieszkanie przez ćwierć wieku...

Wiem, są przecież tańsze mieszkania, ale i tak za drogie na kieszeń przeciętnego Polaka. Wiem, można wziąć na kredyt, ale człowiek zarabiający 1 tys. zł nie dostanie kredytu na mieszkanie, a ten zarabiający nieco więcej – żeby zamieszkać na swoim musi zapłacić bankowi haracz w postaci horrendalnych odsetek od kredytu. Sprawdziłam w jednym z banków używając kalkulatora kredytów na ich stronie. Zakładając kredyt hipoteczny na 30 lat, na 300 tys. zł (czyli na 100 % wartości mieszkania) wyszło, że miesięczna rata to 1955,78 zł. Mnożąc tę kwotę przez 12 miesięcy, a potem przez 30 lat, wychodzi, że mieszkanie będzie nas kosztowało 703 tys. zł czyli grubo ponad dwa razy tyle ile jest warte. Świetny interes, ale dla banku, a nie dla kupującego mieszkanie. I może o to chodzi? Aha, zapomniałabym dodać, że to kredyt w promocji, z gwarancją najniższej marży :)


     Fot: Babadziwo007

Taaa, że niby to mieszkanie za 5990 zł za m2 to na pewno coś ekstra? Według mnie nie. Słynne PRL-owskie „falowce”, które powstały w Gdańsku w latach 70-tych jako rozwiązanie przejściowe i recepta na brak mieszkań, stoją do dzisiaj. W najdłuższym z nich są 1792 mieszkania. Świeżutko wybudowane „mrowisko” o którym piszę, swym ogromem przypomina właśnie falowiec, tyle, że nie w jednej linii. Ten kompleks stanowiący jeden budynek jest tak pomyślany, że sąsiad może sąsiadowi zaglądać w okna. Całość mieści się tuż przy przelotowej ulicy w Gdyni, słowem hałas i spaliny. Czy to taki luksus?

Nie czepiam się jednak tego akurat budynku, ale cen mieszkań w ogóle. Mieszkanie w naszym klimacie nie jest jakimś luksusem. To dobro podstawowe, pozwalające po prostu przetrwać. Tylko skąd je wziąć? Nie każdy zarabia 10 tys. zł na miesiąc.

Ile zarabiamy? Według danych Głównego Urzędu Statystycznego w pierwszym półroczu 2012 r. przeciętne miesięczne wynagrodzenie brutto w gospodarce narodowej to 3571,68 zł. „Na rękę” wychodzi ok. 2,3 tys. zł. Pamiętajmy jednak, że wiele osób (zbyt wiele) może liczyć zaledwie na płacę minimalną, a ta w 2012 r. wynosi 1500 zł brutto, czyli ok. 1 tys. zł „na rękę”. To niewiele więcej niż zasiłek dla bezrobotnych (od 1 czerwca 2012 r. wynosi on 794,20 zł za pierwsze trzy miesiące, za kolejne 623,60 zł, w sumie na takie kokosy można liczyć przez pół roku, chyba, że ma się ponad 50 lat, wtedy przysługuje aż przez rok).

Zakładając, że do szczęścia potrzeba nam niewielkiego, 50-metrowego mieszkania i biorąc przykładową jego cenę 5990 zł/m2 (czyli za 50 metrów 299500 tys. zł), łatwo policzyć, że osoba z płacą minimalną, nie jedząc, nie pijąc, nie kupując ubrań, przeznaczając absolutnie cały swój dochód na kupno mieszkania, będzie na nie zbierać przez 299,5 miesiąca czyli przez 25 lat. Osoba zarabiająca przeciętną pensję będzie się głodzić „zaledwie” przez 130 miesięcy czyli prawie 11 lat.

No i na koniec smutno - ciekawe dane:

   Źródło: GUS

Tak się tylko pytam: czy to jest normalne? 

poniedziałek, 1 października 2012

Studiuj sms-ami, nie musisz nic wiedzieć


Nic nie wiesz – kup komórkę. Żaden problem – tylko wystukać cyferki. Papier jest tylko makulaturą. Czas na e-demokrację. Przecież, czy masz talent dowiesz się jak wygrasz konkurs sms.


Gdyńska uczelnia wymyśliła konkurs sms-owy: „Wystartuj po studia dla siebie i całej rodziny”. Co tydzień były do zdobycia: po pierwsze - pakiet edukacyjny dla całej rodziny – studia podyplomowe, szkolenia, wykłady, po drugie – nagrody niespodzianki, po trzecie – w Wielkim Finale do wygrania studia na wybranym kierunku tej uczelni. Organizatorzy zachęcają do wysłania sms-a zgłoszeniowego na nr 7148 za 1,23 zł z VAT.



Plakat z taką treścią (na zdjęciu) zauważyłam w drodze do pracy. Co mi to przypomina? Hmmm..... Wiem! Głosowanie na to, kto będzie reprezentował Polskę na festiwalu Eurowizji lub kto wygra „Mam talent”. Albo: wyślij sms a przyślemy Ci wybrany dzwonek na telefon. Albo: nocne programy w TV i zachętę – wyślij sms, a wróżka przepowie Ci przyszłość. Albo: jeszcze bardziej nocne programy - mrrrrr, wyślij sms (tym razem dużo droższy) barrrdzo gorrrrące dziewczyny z Twojej okolicy czekają na Ciebie :)


Wiem, to niby tylko zabawa w skojarzenia, a że tak mi się kojarzy płatny sms na czterocyfrowy numer? Wolno mi. Dążę jednak do czegoś innego. Od razu przyznaję się, że nie znam szczegółowego regulaminu. Plakat odsyła po szczegóły na stronę uczelni, a tam, przejrzawszy stronę główną nic o konkursie nie znalazłam. Nie wykluczam, że jestem mało spostrzegawcza. Nie wiem jakie warunki trzeba spełnić dodatkowo oprócz wysłania sms za 1,23 zł z VAT. Natomiast skoro konkurs jest dla wszystkich, to zakładam, że każdy może wygrać studia. Każdy, czyli nawet osobnik niezbyt lotny, który zdał maturę tylko dzięki ściągom.


Za czasów PRL-u fakt, że ktoś dostał się na studia budził powszechny szacunek. Ludzie z tytułem magistra czy inżyniera – tym bardziej. Tyle, że wtedy, żeby dostać się na studia (wszystkie były bezpłatne) trzeba było naprawdę mieć coś w głowie. Zdać trudne egzaminy, lub być olimpijczykiem z danego przedmiotu. Obie te sytuacje wymagały wiedzy. Nie jest to pochwała PRL-u tylko stwierdzenie faktów. Tak, wiem, że niektórzy dostawali się na studia za łapówkę lub dlatego, że gorąco wstawił się za nimi ktoś z partii, ale to były wyjątki. W tamtych czasach człowiek po „ogólniaku” lub technik, słowem ktoś, kto zdał maturę, był kimś, bo miał rzeczywistą wiedzę. I fachową (technik) i ogólną. Bo odróżniał Broniewskiego od Mickiewicza. Bo wiedział, czym impresjonizm różni się od kubizmu, a energia kinetyczna od energii potencjalnej. Jeśli ktoś zostawał doktorem w swojej dziedzinie, to naprawdę musiał mieć „tęgi łeb”.


Dzisiaj... Dzisiaj człowiek z maturą jest nikim w sensie wykształcenia. Znakomita większość młodych ludzi skończyła studia, tyle, że gdyby stanęli w szranki z ludźmi „tylko z maturą” - ale tą sprzed wielu lat – przegraliby. Doktorów mamy na pęczki. Za to brakuje fachowców – rzemieślników, bo polikwidowano szkoły zawodowe. Tylko co z tego wynika? Czy moje obserwacje są słuszne? Dzisiaj nawet sekretarka (bez obrazy dla sekretarek – szanuję, bo potrafią być nieocenione) musi często mieć skończone dwa fakultety, znać pięć języków, nie wspominając o nogach po szyję, bo to nie należy do tematu. Magister filolog siedzi na kasie w sklepie, zarabiając marne grosze, a gość bez wykształcenia, przyuczony do konkretnej pracy, przyzwoicie zarabia w firmie produkującej okna (mimowolnie podsłuchana rozmowa fachowców tej branży).


Dlaczego wykształcenie jest coraz marniejsze? Bo może je zdobyć każdy. Nie ważne co ma głowie, czy potrafi rzeczywiście myśleć, czy potrafi zaledwie stosować metodę „3 x Z” - zakuć, zdać, zapomnieć. Ważne, żeby miał pieniądze na studia w niezliczonych polskich uczelniach nastawionych na zysk. A jak dopisze szczęście, to sobie studia wygra wysyłając sms za 1,23 zł.


Proponuję przekroczyć kolejną granicę. Wybierajmy prezydenta RP przy pomocy sms za 1,23 zł. Tak samo parlamentarzystów i samorządowców. Moja propozycja ma w czasach kryzysu niewątpliwe zalety.
  • Zyska budżet państwa (przecież na takich zabawach nieźle się zarabia).
  • Frekwencja wyborcza będzie wysoka (łatwiej machnąć sms niż powlec się do lokalu wyborczego).
  • Sporo zaoszczędzimy (wpisałam w wujka google hasło: „ile kosztują wybory parlamentarne” i pierwsze co znalazłam to strona www.wnp.pl i takie oto wyliczenie dotyczące roku 2011: „Tegoroczne wybory parlamentarne, jeśli będą jednodniowe, będą kosztowały 98,5 mln zł, a jeżeli dwudniowe 144,7 mln zł - podał sekretarz PKW Kazimierz Czaplicki. Zgodnie z ordynacją wyborczą koszty te pokrywane są z budżetu państwa.” Znaczy z naszych pieniędzy.
  • A na dodatek efekt będzie taki sam. Jak zwykle Polską będą rządzić przypadkowi ludzie, niekoniecznie ci, którzy potrafią działać dla wspólnego dobra i są fachowcami w swojej dziedzinie, a jednocześnie menedżerami. Jedyną „zaletą” wielu naszych rządzących jest fakt, że zostali wykreowani przez media na tzw. znane osoby lub fakt, że mają takie same nazwiska, jak ci już znani. Przykładem może być poseł Ryszard Kaczyński z Rumi, który w roku 2005 startował z listy PiS i wszedł do sejmu. Ciekawe dlaczego? Nazwisko nikomu nieznane :) Przejrzyjcie na stronie sejmu nazwiska posłów, o których niewiele było potem słychać, choć nazwiska znajome.


To może lepiej wybrać takich jednokomórkowców kilkoma milionami komórek – podobne, ale chyba mniejsze ryzyko błędu.

A jak tam u Was? Też wygraliście już studia za sms-a? Jeśli ktoś ma ochotę napisać co na ten temat myśli i nie widzi okienka do komentowania - wystarczy kliknąć poniżej w "brak komentarzy". Okienko się pokaże. Może poprzecie akcję "poseł za sms-a"? 

niedziela, 23 września 2012

Ślub Kwaśniewskiej i Badacha jak walka gladiatorów


„Chleba i igrzysk” wołało rzymskie pospólstwo żądając jadła i rozrywek. I dostawali to, czego chcieli. Hojni donatorzy kupowali w ten sposób spokój na ulicach i własną popularność, jakże potrzebną politykom. W starożytności rzymscy cesarze serwowali ludowi m.in. igrzyska gladiatorów, a lud cieszył się, bawił, podziwiał niewolników walczących i umierających na arenie oraz kreacje dostojników zasiadających na widowni.

Dzisiaj mamy czasy mniej krwawe, ale lud nadal chce chleba i igrzysk. Co zastąpiło walki gladiatorów? Co rozpala wyobraźnię milionów zasiadających przed telewizorem, monitorem komputera czy kupujących gazety całkiem poważne i – jak ja to nazywam – landrynkowe czyli plotkarskie?

Ślub Aleksandry Kwaśniewskiej, córki eksprezydenta RP i Kuby Badacha, znakomitego muzyka, przyniósł wiele emocji godnych areny gladiatorów. Na portalach aż wrzało. Najpierw od domysłów jaka będzie kreacja, gdzie odbędzie się ślub, kogo zaproszą, a kogo nie.

* „Miesiące przygotowań, setki domysłów, tysiące fanów oczekujących na jedno z największych wydarzeń roku…” - ryczały portale. Skąd te tysiące fanów? Fanów czego? Młodej pary? Brania ślubu? Oglądania kreacji? Właściwie co przeciętnego Polaka obchodzi, czy sympatyczna skądinąd Aleksandra Kwaśniewska wyjdzie (wyszła) za mąż czy zostanie singielką?

Kończący się weekend zasypał nas "ekscytującymi" wiadomościami na większości portali. No i oczywiście słodkimi fotkami. Oto kilka cytatów, które mi się „spodobały”:

* „Stało się! Ślub Aleksandry Kwaśniewskiej i Kuby Badacha jest już faktem!” - cóż, od miesięcy nie mogłam spać czekając na to wydarzenie :)

* „Weselni goście mogli skosztować gotowanego pstrąga, kremu z leśnych kurek z pianką z bryndzy i sorbetu z poziomek” - to prawdziwa sensacja! :)

* „Jesteście ciekawi jak wyglądali w mniej oficjalnych strojach?” - oczywiście, umieram z ciekawości :)

* „Z kim na ślub przyszedł Kuba Wojewódzki?” - no bez tej wiedzy nie wyobrażam sobie dalszego życia :)

* „Głódź niezaproszony na ślub Kwaśniewskiej” - prawdziwa tragedia :(

* „Wiemy jakie prezenty dostali Ola Kwaśniewska i Kuba Badach!” - tu szczególnie zachwycił mnie wykrzyknik i dalsze zdanie: „Z dobrze poinformowanego źródła wiemy, że przygotowana była lista prezentów.” Jestem wstrząśnięta zaradnością dziennikarzy śledczych :) No i prezentami, bo państwo młodzi życzyli sobie m.in. garnki, naczynia i komplet walizek. To po prostu zaskakujące.

* Prawdziwą ekstazę przeżyłam, kiedy przeczytałam zapowiedź: „Zobaczcie zdjęcia całujących się Oli i Kuby” i obejrzałam fotki. Jeszcze przechodzą mnie dreszcze :) A tak poważnie to wolę całować się z moim mężczyzną w realu, niż oglądać fotki całujących się obcych mi ludzi.

* „Kto nie był na ślubie jedynaczki Kwaśniewskich, relację na żywo mógł śledzić na Twitterze, dzięki wpisom jednego z zaproszonych na uroczystość gości, europosła Marka Siwca”. O kurczę, przegapiłam rzeczywistą aktywność parlamentarzysty. Jak mam dalej żyć?

* I jeszcze jeden cytat: „O miłości z wkładką muzyczną”. Hmmm... Ładne. W sensie pożycia małżeńskiego Kuba Badach jest rzeczywiście „wkładką” muzyczną.

Dowiedzieliśmy się też z jakiej firmy para młoda miała obrączki, kto wykonał makijaż, kto zaprojektował i uszył suknię, a kto frak, kto zrobił ślubną fryzurę, gdzie dokładnie było wesele – znaczy w jakim hotelu. Kupa dobrej roboty reklamowej.

Grozą powiało jednak, kiedy znalazłam raport specjalny na temat tegoż ślubu. „Raport specjalny” kojarzy mi się z aferą, kataklizmem itp. Żeby przekonać się o słuszności (bądź nie) moich skojarzeń, wpisałam te dwa słówka w google. Pokazały mi się raporty specjalne na następujące tematy: „Kryzys zjada pieniądze świata”, „Iran grozi światu”, „Polska powodziami stoi”, „Trzęsienie ziemi w Japonii”, „ACTA” itp., itd., itp.

Żałuję, że nie znalazłam raportu specjalnego dotyczącego plotkarstwa, zarówno tego malutkiego, codziennego (bo sąsiadka zza ściany pomalowała paznokcie na zielono – jak ona mogła?), jak i tego większego, o którym tu piszę. Dlaczego plotki i zaglądanie w cudzą prywatność są tak oczekiwane? Dlaczego ci podglądani pozwalają na to? Do jakiego szczęścia jest im to potrzebne?
Bo ja nie wiem.

niedziela, 16 września 2012

Ser gwiazdą internetu. Kto jeszcze?


Dawno, dawno temu, za górami, za lasami, żeby być znanym trzeba było coś osiągnąć, coś potrafić, coś sobą reprezentować. Dzisiaj wystarczy zdobyć tytuł świra roku, albo być serem :) 
Internet. Błogosławieństwo i przekleństwo. Potrafi zniszczyć to, co piękne i wartościowe (ach, te komentarze internautów). Potrafi też z niczego zrobić „COŚ”. Kogo i co internet wykreował na gwiazdy? Przykładów może być wiele. Moje roztrząsania zawężę do czterech.

Gwiazda numer jeden - dojrzewający brytyjski ser cheddar.


                                              Fot: www.wikipedia.org

Gwiazda internetu w 2009 r. Już wtedy zjawisko to po prostu mnie zafascynowało. Transmisja dojrzewania sera - 24 godziny na dobę przez kilka miesięcy - ściągnęła przed monitory komputerów ponad milion osób na całym świecie. „Do początku lutego ser zyskał fanów ze 119 krajów. Oglądalność przekroczyła dziś rano milion. To prawdziwe wyzwanie dotrzymać serowi kroku i nadążać za zainteresowaniem, jakie wzbudza” - powiedział wtedy rzecznik firmy, która obsługiwała stronę www.cheddarvision.tv. Wiadomość podała PAP/Reuters. „Ser cheddar dojrzewający przed kamerą ściągnął widzów od Albanii po Nową Zelandię, choć największą liczbę wielbicieli ma w Stanach Zjednoczonych. Właśnie z USA pewna szkoła nadesłała rysunki dwóch krokodyli do pilnowania sera.”
Cóż, obserwowanie dojrzewania sera jest pasjonujące. Ta wartka akcja. Te zmieniające się, dynamiczne obrazki. I te miliony fanów wgapiające się w ser...

Nieco bardziej dynamiczna akcja dzieje się w przypadku kolejnej gwiazdy internetu – cukiernika Gracjana Roztockiego, znanego z tego, że jest znany.


Gracjan Roztocki zaśpiewał „kultowe dzieło” pt. „Mój internet”. Sam o sobie – na swojej stronie (gracjanroztocki.pl) – pisze tak: „Od 2008 roku jestem gwiazdą internetową. Występowałem w telewizji, w radiu, w reklamach, na koncertach, a moje obrazy wystawiałem na wystawach zbiorowych. Dostałem nagrodę Świra 2009 w kategorii Internet oraz nagrodę PinOskary 2010 jako osobowość PinoTV. Pisały o mnie gazety, czasopisma i portale internetowe.”
Kim jest ta gwiazda internetu? Posłuchajcie i przypomnijcie sobie: http://www.youtube.com/watch?v=91PNPHZiN-I Nadmienię, że ten kawałek obejrzało niemal 700 tys. osób. Ciekawe jakie były komentarze, skoro – cytuję - „Dodawanie komentarzy do tego filmu jest wyłączone”. Dla tych, którym nie chce się słuchać całości - fragment twórczości:

„Kocham Ciebie , mój Ty drogi,mój Ty wielki i światowy internecie,
Jesteś dobry i praktyczny nawet w lecie ,
Internecie ,mój Ty bliski,mój jedyny,dobry,wierny przyjacielu ,
Ma Cię wielu,bardzo wielu,
Kocham Ciebie przyjacielu.

Ref.
Internet,internet,łączy ludzi,ludzi.
Internet,internet,łączy ludzi,ludzi.
Internet,internet,internet,łączy ludzi,ludzi.
Internet,internet,łączy ludzi,ludzi.
Internet.”

Kolejny przykład osoby znanej z tego, że jest gwiazdą to Jolanta Rutowicz. Zaistniała – jeśli się nie mylę - dzięki telewizyjnemu programowi Big Brother. Program ten jakichś specjalnych umiejętności nie wymaga, oprócz jednej, jak to w reality show: trzeba umieć skupić na sobie uwagę telewidzów. Pani Jolanta robiła to bardzo skutecznie. Według wikipedii średnia oglądalność programu wynosiła w tygodniu 4,5 miliona widzów, a nagroda za zwycięstwo w polskiej edycji wynosiła 500 000 zł. Czwartą edycję wygrała właśnie pani Rutowicz. Otworzyło jej to drogę na salony. Była zapraszana do różnych programów, ale jako kto? Jako osoba znana z tego, że jest znana. Na swojej stronie internetowej (www.jolantarutowicz.com), jako jeden z trzech głównych newsów zamieściła ten zatytułowany: „Jolanta Rutowicz Świrem Roku 2009”.
W wywiadzie dla Super Stacji z 2011 r. stwierdziła, że wcześniej zajmowała się modelingiem, ale po udziale w Big Brother media wykreowały ją na kogoś innego, wszystko poszło w zupełnie innym kierunku. „Jestem w szoku, że taka głupota się sprzedała. W każdym wywiadzie robiłam sobie jaja z ludzi, a wszyscy to kupowali. Jak to oglądałam – strasznie się śmiałam, że tak potrafiłam to odegrać. Skoro były z tego pieniądze – czemu nie? Naprawdę jestem zupełnie inna.” - mówiła w studio Super Stacji.
Jeśli tak jest, to znaczy, że pani Jolanta jest świetną aktorką, a społeczeństwo i media nie potrzebują prawdziwych autorytetów, nie potrzebują ludzi, którzy są znakomici w tym co robią, ale najzwyczajniej w świecie potrzebują zgrywusów.

Chyba znakomitym tego przykładem jest Krzysztof Kononowicz, który w 2006 r. startował w wyborach na prezydenta Białegostoku, uzyskał 1676 głosów, co dało mu szóstą pozycję.


Jako powszechnie znane powiedzonko do dzisiaj funkcjonuje określenie „żeby nie było niczego”, a jest to fragment wypowiedzi wyborczej Kononowicza, która brzmiała tak: „żeby nie było bandyctwa, żeby nie było złodziejstwa, żeby nie było niczego”. Wizerunek pana Krzysztofa (ach ten turecki sweterek i czapka uszanka), dość nieporadne wypowiedzi i fakt, że startował w wyborach na prezydenta wystarczyły, by media i Internet zrobiły z niego gwiazdę. Był gościem niby-poważnych programów informacyjnych, m.in. w TVN (Fakty), Polsat (Wydarzenia) i TVP1 (Wiadomości). Pisały o nim największe portale. A ludzie – chyba dla zgrywy – wrzucali do urn wyborcze kartki. Czy naprawdę w Białymstoku chcieliby mieć takiego prezydenta?

Co jeszcze można zrobić dla zgrywy?


niedziela, 9 września 2012

Reinplantacja boho na lookbooku


Zastanawiam się, czy dziwolągi językowe wtłaczane do języka polskiego oraz umiłowanie do nazywania czegoś koniecznie po angielsku, nie wynika z kompleksów Polaków? Bo niby coś, co nie brzmi po polsku jest chyba jakby lepsze w naszych wyobrażeniach... Im bardziej wymyślna nazwa – tym ważniejsze zjawisko...

Kilka dni temu natknęłam się na takie „super ważne” zjawisko w supermarkecie Intermarche (swoją drogą dlaczego nie ma już sklepów tylko markety i nie robimy już zakupów tylko chodzimy na shopping?). Kiedy zapakowałam do koszyka herbatę, ser i „to, czym życie się słodzi”, doszłam do rzędu pustych półek. Widok trochę zaskakujący w sklepie, gdzie odnosi się raczej wrażenie, że towaru jest tyle, że brakuje dla niego miejsca. Pewnie dlatego ktoś z personelu sklepu (bo któż by inny?) logicznie pomyślał, że sytuację należy wyjaśnić klientom i do pustych półek przylepiono taką oto kartkę, której nie omieszkałam sfotografować:


Kiedy wróciłam do domu, „wujek google” nie znalazł słowa „reiNplantacja” w swoich zasobach. Owszem znalazł słowo „reiMplantacja”, ale wszystkie znaczenia były związane z medycyną (reimplantacja zęba, autogennej tkanki tłuszczowej, moczowodów itp.) Dlaczego nie można było napisać po prostu: „przeniesienie towaru”? Byłoby nudno i zbyt zrozumiale?

Zaintrygowała mnie również reklama TESCO, w której zachwalają kartę CLUBCARD, czyli kartę „Klubową kartę” :) Dowód ze strony TESCO:


Nieustannym powodem do radości jest lektura ogłoszeń dotyczących pracy. W ciągu 10 minut przejrzałam ich kilka i wynotowałam takie oto mądre określenia jednego z zawodów (pisownia oryginalna – wszystko z dumą, z dużej litery): „Konsultant ds. Kontaktów z Klientami”, „Partner Sprzedaży”, „Przedstawiciel handlowy – Dystrybutor – Agent”, „Mobilny Doradca Biznesowy Sieci”, „Regionalny Inżynier Sprzedaży”, „Brand Activation”, „Manager Zespołu”. Jeśli ktoś się nie zorientował, to tłumaczę: chodzi o akwizytora :) Dlaczego akwizytor nie może być po prostu akwizytorem, a sprzątaczka – sprzątaczką? No nie, sprzątaczka to przecież konserwator powierzchni płaskich :)

No i na deser mój „ulubiony” świat mody. Zainspirowała mnie fashionistka, która lubi na lifestylowym serwisie shoppingowym przeglądać lookbooki. A tam można natknąć się na styl boho.
Spróbujmy przetłumaczyć: osoba interesująca się modą lubi przeglądać katalogi ze zdjęciami najnowszych kolekcji na stronie internetowej poświęconej modzie, gdzie przy okazji może kupić torebkę czy sukienkę.
No i tak doszliśmy do stylu boho. Kiedy w jakimś „babskim” czasopiśmie znalezionym w podmiejskim pociągu zobaczyłam pierwsze przykłady – styl wydał mi się dziwnie znajomy :) W wikipedii znalazłam taką oto definicję: „Boho-chic - styl w modzie, łączący hippisowską feerię barw z luzem surferów i oryginalnością bohemy (stąd nazwa). Elementami stroju są długie, luźne spódnice, futrzane kamizelki, dżinsowe kurtki, kolorowe tuniki, szerokie paski, duże torby. Styliści odkryli go w roku 2004.”
Hmmm... A ja pamiętam takie obrazki z dzieciństwa – w końcu dzieci-kwiaty były nawet w przaśnym PRL-u. Stroje w stylu boho widziałam też choćby na jednym z moich ulubionych filmów czyli „Hair”. Tyle, że Milos Forman nakręcił go w 1979 r. Przypomnijcie sobie jeden z kadrów (www.filmweb.pl).



Z kolei "La Boheme" czyli opera Giacoma Pucciniego, znana pod polskim tytułem "Cyganeria" pochodzi z 1896 r., a dzieje się na początku XIX w. w Paryżu. Już wtedy cyganeria artystyczna ubierała się w stylu boho :) Dobrze, że styliści odkryli taki "new look" w 2004 r. :) I jak oryginalnie nazwali :)


niedziela, 2 września 2012

Czy potrafimy żyć bez tzw. cywilizacji?


Bo niby jesteśmy tacy wspaniali i nowocześni... I o wiele mądrzejsi od naszych przodków rzecz jasna... A wystarczy krótki brak choćby niektórych zdobyczy cywilizacji, by dla wielu rozpoczęła się prawdziwa katastrofa :)

Pójdźmy najpierw w hardcore. Wyobraźmy sobie, że wehikuł czasu przeniósł nas 200 czy 1000 lat wstecz...

Przyzwyczajeni do gotowych produktów umarlibyśmy z głodu pod drzewem obwieszonym śliwką węgierką marząc o powidłach. A słoika z supermarketu brak... A gdyby dopadł nas apetyt na frytki? Skąd je wziąć? Nie ma sklepu z zamrażarką pełną „gotowców”. Wprawdzie niedaleko rosną akurat jakieś zielone krzaczki, ale po pierwsze kto dzisiaj wie jak wygląda krzaczek ziemniaków, a po drugie – co z nimi zrobić?

Jak tu sprawdzić rozkład pociągów, skoro nie ma ani laptopa, ani neta? Niby fakt, że stacja kolejowa dwie ulice dalej, ale komu chciałoby się ruszyć z domu?

Palaczy, choćby stali pod krzakiem tytoniu, zżerałby nałóg. Fabrycznie skręconych papierosów nie ma, bibułek i zapałek też. Że niby liście wysuszyć i nabić fajkę? Ha, samemu trzeba by ją wystrugać...

Garfield strzeliłby sobie w rudy łeb, bo brnąc przez łany zboża (o ile łaskawie by się ruszył) mógłby tylko pomarzyć o lazanii. Przecież jego pan (?), Jon Arbuckle nie wiedziałby co zrobić z ziarnem (a bez mąki makaronu nie będzie), a restauracji, czy choćby pizzerii brak. Sam rudy, leniwy i tłusty, choć uroczy kocur miałby problem ze zrozumieniem co przemyka w zbożu. Przecież mysz raczej nie przypomina puszki kociej karmy :) No i te kreskówki. Wszyscy wiedzą, że same się nie obejrzą (fani Garfielda wiedzą o co chodzi), ale jak powstałyby i gdzie je oglądać? W przydrożnej oberży przy kaganku?

I na deser: do czego doprowadziła nas cywilizacja? Telesklep proponuje kupno damskiej pupy, reklamując ją jako artykuł AGD lub urządzenie do poprawy kondycji i zdrowia (patrz zdjęcie) :)


A tak na poważnie:
Od wielu lat rozśmieszają mnie krzyki rozpaczy w mediach informujące o kilkudniowym braku ciepłej wody w kranach na osiedlu „X” w mieście „Y”. Tym bardziej, że dzieje się to przeważnie latem, na dodatek z powodu konserwacji infrastruktury, i to po to, żeby wszystko zimą dobrze działało. Cóż, ludzie cywilizowani nie myliby się wcale, gdyby przyszło im spędzić jakiś czas w igloo na Grenlandii, albo wśród dzikich plemion Papui Nowej Gwinei. Toż tam nawet kranów nie ma. Jak ma z nich lecieć ciepła woda? Niezaradnym podpowiadam: wystarczą dwa – trzy duże gary wrzątku (toż gaz jeszcze do Polski dociera) i można się wykąpać. No fakt, nie będzie to wanna z meniskiem wypukłym...

Czy ktoś wyobraża sobie dzisiaj życie bez prądu? Nie mówię, że na stałe, ale choć na kilka dni... Kiedy w mieszkaniu gaśnie światło, ekran komputera robi się ciemny, milknie telewizor, cichnie mruczenie lodówki itp., zazwyczaj zaczyna się panika. Czujemy się odcięci od cywilizacji. I może dlatego odzywają się jakieś pierwotne instynkty.
Przypomnijmy wydarzenia z Nowego Jorku, z 13 lipca 1977 r. Wieczorem piorun trafił w jedną z podstacji energetycznych. Wkrótce ciemność spowiła całe miasto. Okazja czyni złodzieja, a że w Nowym Jorku były to czasy finansowego kryzysu, ludzie wiedzeni najniższymi, bądź podstawowymi instynktami, ruszyli do sklepów. Bynajmniej nie na zakupy. Korzystając z ciemności obrabowano 1616 sklepów. Miasto ogarnęło ponad tysiąc pożarów. Można tylko domyślać się, że nie wszystkie były przypadkowe...

Kiedyś oglądając TV trafiłam na reality show (bądź relację z eksperymentu naukowego). Kilkoro młodych ludzi zamknięto w domu na wzór Big Brothera. Zabrano im komórki, komputery i inne zdobycze cywilizacji. Młodzież niemal odchodziła od zmysłów. Po prostu nie wiedzieli czym mają się zająć, jak zagospodarować wolny czas. Podejrzewam, że starsi telewidzowie nie rozumieli w czym problem. Przecież przez większość życia obywali się bez komórki i facebooka, a życie towarzyskie kwitło. Młodsi zapewne z własnej woli nie wzięliby udziału w takim eksperymencie :) Dla wielu z nich życie bez neta i sms-ów jest niewyobrażalne.


Ludzie, którzy z założenia nie mają w domu telewizora uważani są za dziwaków. Tak samo jak Ci, którzy piszą tradycyjne listy – te w kopercie, ze znaczkiem pocztowym. Ten, kto nie ma konta na facebooku – nie istnieje.
Świat poszedł naprzód? Rozwinął się? Czy może zwariował? Czy do upadku cywilizacji wystarczy tylko zniszczenie elektrowni, odcięcie dostaw gazu i ropy? 

piątek, 24 sierpnia 2012

Ramonka z maryśką wśród czerwonych maków


Jadąc do pracy podmiejską kolejką przeczytałam w „Metrze”: „Sąd w Grodzisku Wielkopolskim ukarał wczoraj naganą sześć osób, na których działkach rosło parę krzaczków maków.” Na działce pani prezes Rodzinnego Ogrodu Działkowego w Rakoniewicach wytropiono aż dwie rośliny! I postawiono zarzuty: nielegalna uprawa maku niskomorfinowego. No nic dziwnego, przecież pani działkowiec (działkówka? działkarka? działkowniczka?) mogłaby wyprodukować opium. Pani działkówka uparcie twierdzi, że to samosiejki. Kręci :)

W tej sytuacji należałoby ukarać przede wszystkim sprawcę tego niecnego czynu czyli wiatr bezczelnie roznoszący nasiona roślin. A może do ogródka pani działkarki nasiona podrzucili zawistni sąsiedzi, a potem napuścili policję? W końcu nic tak Polaka nie cieszy jak nieszczęście bliźniego.

Jak się bronić przed tak podstępnymi czynami? To proste: chować ogródek pod moskitierą. Można by to zapisać w Ustawie o przeciwdziałaniu narkomanii. Przykryjmy również łąki, lasy, a nawet torowiska. Przecież mieszkańcy Trójmiasta wiosną mogą cieszyć oczy czerwonymi, makowymi kobiercami, rozciągającymi się m.in. wzdłuż torów, w samym centrum miasta. Rzecz jasna nie tylko w Trójmieście. I policja tego nie widzi? Nie ściga? Za szablę nie chwyta? Nikt nie donosi o tym odrażającym czynie stróżom prawa? PKP Polskie Linie Kolejowe S.A. powinny usłyszeć zarzuty za propagowanie narkomanii, chyba... że to tajny sposób na zdobycie funduszy, żeby polska kolej w końcu zaczęła przypominać kolej, a nie złomowisko mknące po szynach w „zawrotnym” tempie. W takim wypadku należy się medal za zaradność. Warto też wziąć pod lupę Lasy Państwowe. Leśnicy chyba mają w nosie czy bezbronne dziecię znajdzie w lesie kwiatek z czerwonymi płatkami. I zakazać dobranocki „Makowa panienka” - pokolenie PRL-u wychowało się na niej i skutkiem są m.in. tworzone prawne absurdy.

Sytuacja na wielkopolskich działkach śmieszy tym bardziej, że – jak kraj długi i szeroki – wszyscy dyskutują o tajemniczej przesyłce zamówionej (?) przez Ramonkę, psinkę – narkomankę piosenkarki Kory. Cóż, prokuratura, która przyznaje w mediach, że trudno będzie udowodnić, że pies oczekiwał na przesyłkę z maryhą, śmieszy i przestrasza. Kora z 3 gramami ziela w ręku to też zagrożenie społeczne.

Nie słyszałam, żeby w Wielkiej Brytanii problemem numer jeden była maryśka. Dlaczego wspominam o tym kraju? W trakcie toczącej się u nas od lat dyskusji na temat maryhy, w 2010 r. przykuł mój wzrok sklep w Londynie (na zdjęciu). Ech... cywilizacja. Czy w polskiej siermiężnej rzeczywistości nie ma poważnych problemów do rozwiązania?

Z jednej strony - prawo jest po to, żeby go bezwględnie przestrzegać, bo tylko wtedy może być skuteczne. Z drugiej strony – co za tęgie głowy stworzyły prawo, zgodnie z którym można karać ludzi za dwie makówki – samosiejki w ogrodzie lub za kilka gram ziela? To dlaczego nie karać za posiadanie pół litra wódki lub paczki papierosów? Żeby było jasne – twarde narkotyki powinny być bezwględnie zakazane.