sobota, 1 lutego 2014

Telewizyjne déjà vu

Sobota wieczór. Mam ochotę obejrzeć jakiś film. Przeglądam program TV i dochodzę do jednego, jedynego sensownego wniosku: wszystkie TV mają do dyspozycji pulę może pięćdziesięciu filmów, które od lat puszczają w kółko. 

Wiele z nich widziałam 15, 10, 5 lat temu, a w ostatnim tygodniu miałabym okazję obejrzeć je z pięć razy. Co TV serwuje dzisiejszego wieczoru? "13. dzielnica: Ultimatum", "Nocne graffiti", "Nic śmiesznego", "Taxi 2", "Faceci w czerni", "Cztery wesela i pogrzeb", "Blues Brothers", "Tato", "Terminator 3: bunt maszyn", "Iron Man 3", "Czas surferów", "Spider-Man 3", "Gliniarz z Beverly Hills", itp., itd., itp. Do tego dodajmy powtarzane "w trupa" lepsze i gorsze seriale, z wyjątkami - miałka papka. Powyższy przegląd obejmuje również kanały filmowe!!! 
Każdy z tych filmów widziałam już kilka razy, a miałam okazję kilkadziesiąt razy. Rozumiem, że we wszelkich TV rządzi logika inżyniera Mamonia z "Rejsu": "Proszę pana, ja jestem umysł ścisły. Mnie się podobają melodie, które już raz słyszałem. Po prostu. No... To... Poprzez... No reminiscencję. No jakże może podobać mi się piosenka, którą pierwszy raz słyszę." Ale ile razy można oglądać o samo? 
Za to w nocy, kiedy ludzie zazwyczaj śpią, bo rano wstają do roboty, można zobaczyć prawdziwe perełki. Wszystkie filmy Piotra Matwiejczyka zobaczyłam właśnie w nocy. Rozumiem, że jako "zapchajdziury", bo - na logikę - wtedy TV ogląda tylko garstka widzów. Szkoda, bo to naprawdę wartościowe filmy, mimo, że niskobudżetowe. A kto powiedział, że film z hollywoodzkim budżetem jest lepszy? 


Piotr Matwiejczyk to amator, niezależny filmowiec, w swoich filmach jest scenarzystą, reżyserem, montażystą, producentem, kierownikiem produkcji, operatorem, aktorem. Wiele filmów zrealizował ze swoim bratem Dominikiem. To perełki z dużym dystansem do świata i specyficznym poczuciem humoru. Bardzo dobra obserwacja prawdziwego życia. Zagrali w nich m.in. Emilian Kamiński, Paweł Wawrzecki czy Robert Makłowicz. Filmy Matwiejczyka to m.in.: "Homo Father", "Piotrek trzynastego", "Pamiętasz mnie?" czy - kultowy dla mnie - "Kup teraz". Taka sytuacja z "Kup teraz": Makłowicz robi sekcję zwłok, którą obserwują studenci. Wyjmuje z ciała nieboszczyka wątrobę i tłumaczy: "Wątróbka czyli wątroba. U wielu nacji przypomina ona ser szwajcarski, szczególnie u Polaków i Rosjan. Mamy tu do czynienia z pięknym okazem. Kroimy wzdłuż, używając do tego ostrego noża. W tym wypadku skalpela. Najpierw zdejmujemy błonkę ochronną i tniemy w małe kawałeczki. Najlepiej w kosteczkę lub długie, cienkie paski. (...) Jelita mieszczą się w dolnej części brzucha. Jelita to bardzo ważny element sztukli wędliniarskiej. Służą one do wyrobu wędlin (zbliżenie na twarz nieboszczyka). No, może nie te jelita... (...) Apropos krwi: krew też się przydaje. Do kaszanki."
Inny przykład filmów, które można obejrzeć tylko w nocy: "Królestwo" Larsa von Triera. Serial tak różnorodny, że w programach TV raz określany był jako czarna komedia, innym razem jako horror, dramat czy dreszczowiec. Trudno to opisać. To trzeba zobaczyć. Film budzący skrajne emocje, bo von Triera albo się kocha, albo nienawidzi. W jego "Przełamując fale" prostytutka w finałowej scenie idzie do nieba, bo dzięki swojej profesji zrobiła wiele dobrego. "Tańcząc w ciemnościach" ze znakomitą rolą Björk obejrzałam tylko raz. Nie oglądam filmów z pudłem chusteczek, ale na tym filmie płakałam jak pensjonarka na romansidle, choć nie jest to romans. Rzecz jasna oglądając go w nocy. Nie odważyłam się wrócić do tego filmu - jest tak przejmujący.  


Szanowni kształtujący program TV, szczególnie w kanałach filmowych: jest wiele wartościowych filmów, którymi można wypełnić czas antenowy. To nie tylko filmy typu "zabili go i uciekł". To nie tylko filmy, które znamy już na pamięć. Dajcie szansę - z korzyścią dla widzów - innym tytułom, w takim czasie antenowym, kiedy więcej osób ma szansę obejrzeć coś wartościowego. Czy tylko nocne Marki mają prawo obejrzeć coś innego niż "Seksmisję"? To niewątpliwie moje ulubione mistrzostwo świata, ale atakujące mnie co kilka dni. 

czwartek, 30 stycznia 2014

Władza ma obywateli w...

Przez media przewinął się w ostatnich dniach temat bulwersującej kwoty, jaką Ministerstwo Zdrowia wydało na swoje nowe logo. Dla mnie ten temat to symboliczny przykład sposobu rządzenia naszą umiłowaną Ojczyzną. Rządzący mają obywateli po prostu, dokładnie... w... 

Służba zdrowia... Powiem rzecz niepopularną, ale każdy kto w sposób obiektywny pamięta słusznie minione czasy PRL-u przyzna mi rację. Wtedy może nie było luksusów, ale do lekarza pierwszego kontaktu można było dostać się bez problemu. Na wizytę u specjalisty trzeba było poczekać, ale kilka dni, a nie kilka miesięcy – jak teraz. Jeśli sprawa była rzeczywiście pilna – specjalista przyjmował od razu. Na pogotowie ratunkowe można było liczyć – pacjenci nie byli odsyłani z kwitkiem, bo limit przyjęć wyznaczony przez NFZ już się skończył, no i czy aby pacjent jest ubezpieczony? Najpierw pomagano, potem załatwiano biurokrację. Do szpitala przyjmowano. Fakt – bywało, że chory leżał na łóżku ustawionym na korytarzu, ale na pomoc medyczną mógł liczyć. 
Nie było „pałaców” NFZ budowanych za pieniądze pacjentów, bo „pałace” nie były potrzebne. W mediach nie było miliona rozpaczliwych wołań o pomoc finansową dla ciężko chorych dzieci, bo te dzieci były po prostu leczone – na miarę możliwości ówczesnej medycyny, ale były leczone. Dorośli zresztą też. Dzisiaj są pozostawieni sami sobie i finansowej zaradności rodziców. Może od razu zrzucajmy ciężko chorych ze skały, tak jak w Sparcie ze skały Tajgetu? NFZ i ministerstwo miałoby problem z głowy. Poślijmy tam też emerytów - ZUS będzie stać na kolejne siedziby z marmuru, bo nie będzie musiał wypłacać głodowych emerytur, choć emeryci przez całe swoje zawodowe życie ze składek emerytalnych uzbierali niezłe sumy. 
Rehabilitacja była w PRL-u dostępna wtedy, kiedy była potrzebna (w ramach opłacanych składek na ubezpieczenie zdrowotne), a nie pół roku np. po wypadku - jak dzisiaj. Na dodatek do sanatorium jeździło się „na skierowanie od lekarza”, a nie za spory kredyt. Przykłady można by mnożyć. 
Wypisana recepta nie była finansowym koszmarem – każdego było stać na jej wykupienie. Nie tylko emeryci nie musieli wybierać: leki czy jedzenie, bo w aptece zostawiali grosze. 
Oczywiście nie zawsze wszystko działało idealnie, bo zawsze byli „ludzie” i „ludziska”, ale dzisiejsza służba zdrowia w porównaniu z czasami PRL-u jest służbą dożynania pacjentów, a nie służbą zdrowia. Mówię o mechanizmach i biurokracji, a nie o wielu lekarzach i pielęgniarkach, którzy bardzo starają się pamiętać o przysiędze Hipokratesa. 
W takich oto okolicznościach Ministerstwo Zdrowia, które poprzez NFZ odmawia pomocy chorym (co w wielu wypadkach jest skazaniem na śmierć, bo jak nazwać wyznaczenie choremu z podejrzeniem nowotworu wizyty na „za kilka miesięcy”?) funduje sobie nowe logo. Niby nic, ale...


Zaprojektowanie tego niebieskiego zygzaka kosztowało podatników 30 tys. zł!!! Zmiana wizytówek, papieru firmowego itp. to kolejne 30 tys. zł!!! W tym momencie przed oczami mam błagalne anonse: mam ciężko chore dziecko (tu opis choroby), na leczenie potrzebuję 20 tys. zł, bez tych pieniędzy dziecko umrze, kto pomoże? 
Po pierwsze: jak urzędnikom (minister to przecież też urzędnik) przy takim katastrofalnym stanie służby zdrowia nie wstyd wydawać pieniędzy podatników na nowe logo? Po drugie: skąd wzięła się taka cena? Pierwszy lepszy grafik za część tej kwoty zaprojektowałby takie logo, a śmiem podejrzewać, że byłby bardziej kreatywny. To jest zwykła niegospodarność i znów nikt nie poniesie odpowiedzialności za szastanie pieniędzmi podatników do kieszeni zaprzyjaźnionego grafika. Rzecz jasna to „zaprzyjaźnienie” to tylko moje domysły, ale przecież nikt o zdrowych zmysłach nie zapłaciłby takich pieniędzy komukolwiek za niebieski zygzak, skoro można znaleźć tańszego wykonawcę. 
No i taką to mamy wywalczoną, wymarzoną, wyśnioną wolną Polskę, gdzie dla Ministerstwa Zdrowia bardziej liczy się wywalanie kasy na niepotrzebną zmianę obrazka na wizytówkach, zamiast na leczenie chorych.  

środa, 8 stycznia 2014

Rolowanie blanta na backstage’u

„Uwielbiam” nowo-mowę, ale tekst najnowszego hitu Nataszy Urbańskiej powalił mnie na kolana. Spadłam pod biurko, ale jeszcze nie rozumiem: czy z zachwytu nad ogromem kreatywności autorki, czy ze śmiechu, czy z żałoby po sztuce, która jest coraz większym rarytasem we współczesnym świecie…

„Rolowanie” - refren:
Mam lajki na fejsie
W realu gubię się
Jestem królową z bajki
Grandmatka truje mnie

Cały tekst niżej. Polecam masochistom. Być może – jak sugeruje znakomita mniejszość komentujących – jest to satyra na współczesny show business. Być może.

„Filiżanka” – zwrotka:
Pije kawę, jest cudownie, pocałunków lekka pianka
słodko pieści suche usta, moja panna filiżanka.
Moja panna porcelana, cała w bieli delikatna,
w środku diabeł i kochanka, z wierzchu anioł, żona i matka.

Być może tekst najnowszego hitu Michała Wiśniewskiego to poezja. Być może. 

Jednak jeśli dołożę do tego choćby tylko dwa teksty ze „znakomitego” serialu „Miłość na bogato” (to serial na poważnie): „Zostałam twarzą rajstop” oraz „Warszawa miastem predyspozycji”, to myślę sobie, że ludzie zgłupieli do reszty…

Swoją drogą - już ponad rok temu pisałam o zgłupieniu języka: 
http://babadziwo007.blogspot.com/2012/09/reinplantacja-boho-na-lookbooku.html 

Natasza Urbańska: Rolowanie



http://www.teksciory.pl/natasza-urbanska-rolowanie-tekst-piosenki,t,643338.html

Wielki mi big deal
After czy before
Podniósł mi się flow
Face demolition
Weź mnie na dancefloor
Zrobię ci hardcore
Tamten to asshole 
Zero temptation
/2x

Mam lajki na fejsie
W realu gubię się
Jestem królową z bajki
Grandmatka truje mnie

Dziary że ho ho
Oldschoolowy Joe
Obcy come along
Nie rób tragedian
Dziary że ho ho
Oldschoolowy Joe
Obcy come along
Nie rób tragedian

Chcę zresetować się
Chcę egzaltować się
Jestem królową z bajki
Grandmatka truje mnie

Rolować blanta na backstage’u 
Jakaś soda jakiś juice
/8x

O co come on? 
…
W realu gubię się
Jestem królową z bajki
Grandmatka truje mnie

Autor tekstu: Zofia Kondracka

Michał Wiśniewski "Filiżanka"



http://www.tekstowo.pl/piosenka,michal_wisniewski,filizanka.html

Pije kawę, jest cudownie, pocałunków lekka pianka
słodko pieści suche usta, moja panna filiżanka.
Moja panna porcelana, cała w bieli delikatna,
w środku diabeł i kochanka, z wierzchu anioł, żona i matka.

Ref:
Bez ciebie dzień, straciłby smak, muzyka rytm, urodę kwiat.
Bez ciebie dzień, bez pary bal, miłość bez róż, morze bez fal.

Wrócę, siądę przy stoliku, z radia zagra nam piosenka
całą drżącą i gorącą, znów uniosę ją w swych rękach.
Wie dokładnie gdzie jej miejsce, gdy odstawiam ją na spodek,
czasem lekko zastępuje jakiś standard, gdy odchodzę.

Ref:
Bez ciebie dzień, straciłby smak, muzyka rytm, urodę kwiat.
Bez ciebie dzień, bez pary bal, miłość bez róż, morze bez fal.
Bez ciebie dzień, straciłby smak, muzyka rytm, urodę kwiat.

Pije kawę, jest cudownie, świat zatrzymał się na chwilę.
Gdy ku tobie zbliżam usta, znowu w brzuchu mam motyle.

Autor tekstu: Igor Jaszczuk

poniedziałek, 6 stycznia 2014

Nie każdy lekarz chce wyleczyć

Zbyt często odnoszę zapewne słuszne wrażenie, że koncerny farmaceutyczne i współczesna medycyna okradają ludzi z pieniędzy i zdrowia uniemożliwiając im tańsze i skuteczniejsze leczenie. Nie teoretyzuję. Niżej kilka przykładów. 

Najpierw film dokumentalny. Trochę trwa, ale warto znaleźć 1,5 godz. i obejrzeć cały. Daje do myślenia. W sumie trzyma się to kupy. Logiczne, że nieprzetworzone jedzenie jest zdrowsze – widać dlatego wiele osób lepiej się czuje po zjedzeniu góry surówek. I niech nikt nie mówi, że tak jeść się nie da, bo co jedli ludzie zanim "wynaleziono" ogień?




Od kilku dni córka żywi się jedzeniem wegańskim, nieprzetworzonym. Dużo paliła. Trzeciego dnia zapaliła papieroska i zgasiła po dwóch machach. Stwierdziła, że rozbolała ją głowa i zrobiło się jej niedobrze. Wyniosła popielniczkę z pokoju… Czekam na dalsze efekty.
Warto też poczytać o terapii Gersona i jej polskiej wersji: diecie Ewy Dąbrowskiej.

Mąż miał zmiany czerniakowate – kilka narośli o średnicy nawet 1 cm. Lekarze proponują wycięcie zmian. Szukamy czegoś mniej inwazyjnego. Mąż odkrywa sok z noni i migdały. Szukamy w aptekach – trafiliśmy w dobry czas: po wielu latach wojny przemysłu farmaceutycznego przeciwko wprowadzeniu soku noni do aptek, w końcu można go kupić bez problemu. Działa na układ odpornościowy na tyle go wzmacniając, że organizm jest w stanie sam poradzić sobie z wieloma chorobami. Mąż od dwóch lat codziennie łyka noni i zjada ok. 20 migdałów (więcej nie można, bo zaszkodzą). Miejsca zmienione chorobowo nawilżał też oliwką z migdałami. Nawilżał, bo po pół roku takiej kuracji narośle zniknęły. Bez wycinania i trucia się chemią. Na dodatek koszt noni (litr za ok. 40 zł – starcza na miesiąc) trudno jest porównywać do setek złotych zostawianych w aptekach przy byle chorobie, nawet zwykłym przeziębieniu. Swoją drogą nie pamiętam, kiedy mąż ostatnio jakkolwiek chorował.  

Moja mama ma już sporo lat i – wiadomo – zdrowie coraz słabsze. Kolejna porcja badań i diagnoza: grozi pani cukrzyca – za wysoki poziom cukru. No i recepty na leki za grube pieniądze. Przy jej emeryturze to każdy wydatek jest zbyt duży, a i tak co miesiąc wykupuje siatkę leków na różne choroby. Prosto od lekarza poszła na swój ulubiony rynek. Spotkała znajomą, która poradziła jej herbatkę z fasoli. Mama wierzy lekarzom, ale ma też zdrowy rozsądek. Dlaczego nie miałaby spróbować czegoś innego? Przecież fasola nie powinna zaszkodzić. W aptece zapytała czy jest coś takiego jak „herbatka z fasoli”. Było. Kupiła za ok. 5 zł. Wypiła jedną herbatkę rano, drugą po południu. Zmierzyła poziom cukru. Spadł tak bardzo, że mama pija teraz tylko jedną herbatkę dziennie. Cukier w normie, recepta do dzisiaj nie została wykupiona. Kolejna wizyta u lekarki, która ją przepisała. „O, jakie dobre wyniki! Lekarstwo pomogło” – ucieszyła się lekarka. „Nie wykupiłam, bo nie było potrzebne. Słyszała pani o herbatce z fasoli?” – zapytała mama. „No słyszałam…” „To dlaczego nie poradziła mi pani, żebym jej spróbowała?” Cisza… Bo przemysł farmaceutyczny by nie zarobił?

Od lat miałam problemy z bardzo pocącymi się stopami. Były śmierdzące, a skóra jakaś taka „powyżerana”. Diagnoza: grzybica. Jedna maść na receptę, druga, trzecia… Zawsze było przez chwilę lepiej, a potem wszystko wracało do punktu wyjścia. Odkryłam srebro koloidalne. Też już dostępne w aptekach. Posmarowałam kilka razy i mam w końcu spokój – moje stopy wyglądają i pachną normalnie. Srebro koloidalne było skutecznie stosowane zanim wynaleziono antybiotyki. Czy jakiś lekarz je zaleca, choćby alternatywnie, w czasach kiedy wszyscy łapią się za głowy, bo jemy za dużo antybiotyków? Po co? Przecież antybiotyki są droższe i łatwiej na nich zarobić. 

W czasach licealnych poznałam jaskółcze ziele. Kolega miał kurzajki na ręku. Co proponują lekarze w takim wypadku? Wymrażanie, wypalanie, wycinanie. Jego babcia poradziła mu jaskółcze ziele. Niepozorne krzaki rosną np. pod płotem czy murkiem. Z ułamanej gałązki wycieka żółty sok którym wystarczy smarować kurzajkę. Po kilku dniach kolega miał „czystą rękę”. Szybko, bez bólu i nawrotów. Ta wiedza później wiele razy przydawała mi się w leczeniu moich bliskich. Zawsze skutecznie. 


                                             Jaskółcze ziele              Fot. babadziwo007

Do czego zmierzam? Nie umniejszam wielu osiągnięć medycyny. Zioła nie zastąpią np. przeszczepu nerki. Może jednak w wielu przypadkach nie byłby on potrzebny, gdyby dać wybór? Gdyby powszechnie mówić o tzw. medycynie niekonwencjonalnej zamiast udawać, że tylko chemiczne lekarstwa i skalpel są skuteczne? No ale wtedy koncerny farmaceutyczne mogłyby zbankrutować, więc bronią się przed tym kosztem zdrowia, a może i życia zwykłych ludzi. 


środa, 25 grudnia 2013

Dlaczego szlachetne gesty wymagają okazji?

Dlaczego zazwyczaj musimy mieć okazję, żeby okazać jakieś ludzkie odruchy? Święta... Nie lubię jakichkolwiek świąt, bo za tym hasłem zbyt często kryje się zbyt wiele obłudy.

Może by tak nakarmić głodnego bez okazji? Przestać knuć w pracy – nie tylko przez godzinkę w czasie pracowniczej wigilii? Pogodzić się z bliskimi? Może nie czekajmy na rocznicę ślubu i powiedzmy mężowi czy żonie, że ich kochamy? Może nie trzeba czekać na Dzień Matki, żeby ją odwiedzić i powiedzieć kilka ciepłych słów? Lub – jeśli razem się mieszka – pomóc jej w domu i powiedzieć, że jest super? Zawsze śmieszyło mnie przygotowywanie przez dzieci śniadania i posprzątanie w domu – z okazji Dnia Matki (nie, u mnie jest trochę inaczej). Dotyczy to też Dnia Kobiet - to klasyka gatunku. Nawet najpaskudniejszy i bijący mąż przytarga do domu zdechłego tulipana, a żona omdlewa z radości, że pamiętał. Kwadrans po wręczeniu kwiatka jest jak zwykle – oschłość, cisza, lub awantura "bo zupa była za słona".
Drobny prezent i dobre słowo bez okazji są dla mnie więcej warte, niż te "z okazji", bo wtedy przecież nie wypada inaczej się zachować.


                                                 Wszystkim potrzeba trochę magii zawartej                                                                                                   w zwykłych, szczerych gestach. Niekoniecznie                                                                                             z jakiejś okazji.                Fot. babadziwo007

Weźmy takie święta Bożego Narodzenia oraz Wielkiej Nocy.
Dla ludzi prawdziwie wierzących jest to świętowanie przyjścia na świat Zbawiciela oraz jego zmartwychwstania. Jeśli w sposób religijny przeżywają to ludzie wierzący – w porządku. Jednak ile Polaków jest wierzących prawdziwie? Nie na pokaz? Tak na szybko wujek google pokazał mi dane z listopada 2011 r.: 95 % Polaków deklaruje się jako katolicy. Rozglądajac się wokół mam poważne wątpliwości...
Pasterka – kolędy śpiewają i głośno się modlą pierwsze ławki. Z tyłu kościoła stoją niemi statyści. Wstydzą sie modlić? Całkiem spore stado stoi przed kościołem, z czego wielu napitych i wulgarnie komentujących to, jak ubrała się sąsiadka. Po co przyszli? By uczcić narodziny dzieciątka Jezus? 
Wigilia i śniadanie wielkanocne. Rozróżniam trzy typy.
Uroczystość pracownicza – ludzie, którzy na codzień wbiliby sobie nóż w plecy, którzy knują jak wygryźć kolegę, który jest przeszkodą na drodze do awansu, z obłudnym uśmiechem składają sobie "szczere życzenia" i łamią się opłatkiem. Brrrr....
Wigilia (i śniadanie wielkanocne) dla bezdomnych – dwa razy w roku uspokajamy swoje sumienia urządzając "wielkie żarcie" dla tych, którzy są zagubieni w życiu, którym na codzień państwo nie potrafi pomóc, bo jest źle zarządzane. Czy ludzie biedni tylko dwa razy do roku mają prawo jeść? Dorzucamy się do świątecznych paczek, żeby dzieci chociaż w święta mogły dostać zabawkę, słodycze, i usiąść do stołu, na którym jest jedzenie. To bez wątpienia szlachetne gesty, dlaczego jednak by pomóc musimy mieć alibi w postaci świąt? Kilka lat temu widziałam w TV (bądź słyszałam w radiu) reportaż o naprawdę biednej rodzinie, która z okazji pierwszej komunii dziecka zaszalała i zjadła normalny obiad. Na codzień nie było ich stać na obiad!!! Dlaczego?

No i trzeci rodzaj wigilii (i śniadania wielkanocnego) – w rodzinnym gronie. Zbyt często przypomina to świętowanie pracownicze. Domownicy skłóceni przez cały rok, dwa razy w roku uśmiechają się jakby nigdy nic i składają nieszczere życzenia. Bo wypada. Jeśli rzeczywiście są wierzący, powinni sobie po prostu wybaczyć zaszłości i żyć w zgodzie z przykazaniami. Jeśli jednak są jedynie zwolennikami świąt marki Coca Cola, gdzie najwyższą wartością są przedświąteczne rajdy po galeriach handlowych, to po co urządzają "szopkę" z okazji Bożego Narodzenia? I nie mówię tu o szopce z figurkami trzech króli...

niedziela, 15 grudnia 2013

Decybelomierz nie słyszy na Allegro :)

Interesuje mnie kupno urządzenia do pomiaru głośności. Znalazłam na Allegro fantastyczną ofertę...

Oferowany decybelomierz jest bardzo tani: 38,80 zł plus przesyłka. Skoro taki tani, to drobiazgiem wydaje się być, że nie reaguje na dźwięki. Przecież ma też zalety: dokładność +/- 2 dB (1 kHz) i dwa tryby pomiarowe (szybki/wolny).
Są też tańsze egzemplarze – za 19,40 zł można kupić decybelomierz którego wadą są "złe odczyty". Są też droższe: za 74,90 zł – "nie włącza się".

Przypomina mi to starą mądrość życiową, że najdokładniejszy jest zegarek zepsuty: dwa razy na dobę (lub raz – zależy jaki typ zegarka) perfekcyjnie dokładnie wskazuje czas...


piątek, 6 grudnia 2013

Ksawery. Orkan po polsku

6 grudnia 2013 r. Znaczy miał przyjść św. Mikołaj i wrzucić dzieciom do butów prezenciki. Wielu wrzucił, ale... Zaraz północ. Od rana pada śnieg. To zupełnie niespotykane w Europie Środkowej o tej porze roku :) Wieje wiatr. Sztorm sięga 8 stopni w skali Beauforta. To absolutnie niespodziewane nam morzem, w Polsce, szczególnie o tej porze roku :)

Media biją na alarm: koniec świata, orkan nas pogrzebie. Internauci kłócą się, czy zabije nas orkan czy huragan. Że zabije – to pewne. Orkan - to takie amerykańskie. Huragan – takie swojskie. Stawiam flaszkę temu, kto wskaże różnice w sile wiatru, a chyba o tym rozmawiamy :) Trochę przynudzę, żeby wykazać dlaczego mnie to śmieszy (definicje przeczytajcie na końcu tekstu)*.


                                    Widok z balkonu. Fot. babadziwo007 

Media szaleją i podsycają klimat grozy. Telewizje rozstawiły swoich reporterów wzdłuż polskiego wybrzeża. Nawet bez garniturów z logo stacji. Koniec świata – pozwolili założyć ciepłe kurtki. Pan X dorwał na plaży gościa z wiatromierzem. Kamera dzielnie pokazuje, że z kolei wiatromierz pokazuje 60 km/godz. Kolejne wejście life (pół godziny później, bez widoku gościa co biegał z wiatromierzem po plaży): wieje, strasznie wieje, 120 km/godz. Life is brutal. Ech...

23.41: Media alarmują: "Piąta ofiara śmiertelna wichur w Polsce". Pięć ofiar. Wybaczcie, telewizja znieczula. A fakty są takie, że nie ma dnia, żeby 5 osób nie zginęło w wypadkach samochodowych. Kto po nich zapłacze? Nie mieli szczęścia. To był "tylko" wypadek samochodowy, a nie huragan lub orkan. Huragan czy orkan, to siła wyższa. Wypadek samochodowy to głupota ludzi. Nie ma po czym płakać znaczy? Ech...

W ciągu dnia: telekonferencja w centrum kryzysowym rządu: premier łączył się z wojewodami, słuchał sprawozdań, pouczał wojewodów, że są zbyt optymistyczni. Powinni czuwać. Wojewodzie mazowieckiemu zwrócił uwagę, że wiatr w stolicy miał na jego premierowskie odczucie siłę większą niż 50 km/godz. Wszystkie telewizje przerwały programy po to, żeby transmitować na żywo wystąpienie ojca narodu (specjalnie z małych liter – siła nabywcza mojej wypłaty bardzo wyraźnie zmalała w ostatnich latach), który z wyraźnym zadowoleniem przyjął raport generała wojska polskiego o: wydzielonych odwodach armii w postaci 9,5 tys. siły żywej, niewykorzystanych, ale gotowych w każdej chwili do wykorzystania.

Ulżyło mi. Poczułam się bezpieczna jak niemowlę w objęciach matki. Wiatr dalej wieje. Żaden fajny żołnierz nie przyszedł mnie ratować. Skoro tyle tysięcy czeka w odwodzie, to na co czekają? Panie premierze: jak żyć?


                                   Dramat pod domem. Fot. babadziwo007  

Wiem, że wielu utknęło na drogach. Nie zazdroszczę. Wiem, że znów – jak co roku zaskoczyła nas zima – ale dlaczego robić z tego dramat? Może lepiej przygotować się do tej zimy? Tym bardziej, że atak Ksawerego był przewidziany?
I puenta. Mój osobisty, najlepszy w świecie małżonek, właśnie wyszedł na balkon i stwierdził: "W końcu w grudniu jest zima. Śniegowa pierzynka i sopelki lodu. Wspomnienia dzieciństwa, kiedy śnieżyca była czymś normalnym". Bo świętej pamięci tatuś kupił mu narty, żeby mógł dostać się do szkoły. Było szybciej niż autobusem...

Obiecane definicje:
* Według wikipedii: Orkany w Polsce – orkany, czyli wiatry, których prędkość przekracza 33 m/s, dawniej występowały w Polsce sporadycznie lub były zjawiskiem w ogóle nienotowanym. Orkany powodują bardzo duże zniszczenia (pozrywane dachy domów, powalone drzewa, zerwane linie energetyczne). Orkany są skutkiem dużej różnicy temperatur, powodującej ogromne różnice ciśnienia, między Oceanem Atlantyckim i Azją.
* Według wikipedii: Huragan – zjawisko silnego wiatru, w którym średnia prędkość wynosi powyżej 33 m/s (nie mniej niż 12° w skali Beauforta). (...) Najczęściej mianem huraganów określa się odpowiednio silne cyklony tropikalne. Huragan jest nazwą stosowaną dla zjawisk występujących nad akwenami Oceanu Atlantyckiego, natomiast tajfun – dla sztormów nad akwenami Oceanu Indyjskiego czy Oceanu Spokojnego. (...) Nazwa „orkan” pierwotnie nazwa oznaczała „cyklon tropikalny formujący się w pewnych rejonach Oceanu Indyjskiego”, ale obecnie, w wielu krajach, w tym w Polsce, używana jest do określenia huraganów atlantyckich docierających do Europy.