poniedziałek, 23 września 2013

Przemoc rodzi przemoc

Z jednej strony cały świat zamiera z przerażenia na wieść o 69 ofiarach Andersa Behringa Breivika, a Polska pomstuje na brak jakichkolwiek ludzkich uczuć matki Madzi. Z drugiej strony - telewizja promuje przemoc zalewając widzów horrorami, thrillerami i filmami sensacyjnymi, nie zostawiając im wielkiego wyboru. Dlaczego muszę się bać przed srebrnym ekranem, skoro mamy tyle kanałów TV? Czy to nie absurd?

Sobotni wieczór. Fakt, że względnie późny, ale jednak sobotni. Nazajutrz dzień wolny – w niedzielę mogę się wyspać do woli. Mam ochotę na jakiś dobry, niegłupi film, przy którym się zrelaksuję, może dowiem czegoś ciekawego, może pośmieję. Przejmuję władzę (znaczy pilota) i zaczynam łowy. W kablówce mam „full wypas” – łącznie z pakietami filmowymi, więc teoretycznie duży wybór. Systematycznie skaczę z kanału na kanał i zaczyna mnie ogarniać przerażenie – i dosłownie, i w przenośni. 

                                    Kadr z filmu "Teksańska masakra piłą mechaniczną".

Teraz trochę przynudzę, ale gdybym napisała, że wszędzie same horrory, to być może nikt by mi nie uwierzył. Tak więc zapraszam na przegląd relaksujących filmów w telewizji (repertuar na ten sam dzień, tą samą godzinę): 

TVP 1: „Żywe trupy” – serial grozy
TVP 2: „Psychopata” – thriller
TVN: „Świt żywych trupów” – horror
TVN 7: „Godziny szczytu II” – sensacyjny
Polsat: „Koszmar następnego lata” – horror
TV 4: „Ostrzeżenia” – horror
TV Puls: „Nocny pociąg z mięsem” – horror
Puls 2: „Podgatunek” – horror
Tele 5: „Jeden fałszywy ruch” – thriller
TV 6: „Wzór” – serial kryminalny
Canal+ Family: „Ekspedycja” – horror
HBO: „Kobieta w czerni” – horror
HBO 2: „Nie zazna spokoju, kto przeklęty” – horror
Cinemax 2: „Gorzka uczta” – horror

Podobną listę mogłabym wypisać przeglądając propozycje TV w czasie antenowym nazywanym „po wiadomościach” czyli ok. godz. 20.
Do miłośników horrorów, thrillerów i sensacji: wiem, że filmy z tych gatunków też potrafią być niegłupie, potrafią zrelaksować (jak ktoś to lubi) i tworzą dobre kino, ale to wyjątki i nie tego szukałam. Na dodatek nie lubię horrorów (z małymi wyjątkami). Najpierw poczułam się dyskryminowana, bo do wyboru miałam jakieś głupawe, amerykańskie, komediowe sitcomy w rodzaju „koleś puścił bąka”, a w tle rozlegają się nagrane wcześniej salwy śmiechu. I niewiele więcej - jakaś jedna czy dwie komedie (również raczej kiepskie). Znaczy albo bać się, albo godzić na porażającą głupotę. 

Później naszła mnie taka refleksja: skąd w realnym świecie bierze się tyle przemocy? Czy aby spora część przestępców nie inspiruje się tego typu filmami? Tym bardziej, że ci bardziej przerażający trafiają na czołówki gazet i są głównym tematem wiadomości, a więc stają się równie sławni jak mordercy i gwałciciele znani z filmów. Pierwszy lepszy przykład: kto w Polsce (i nie tylko) nie słyszał o matce Madzi? Jeśli ktoś taki się znajdzie (nie wierzę) to wystarczy, że wstuka te dwa słowa w wyszukiwarkę.
Czego uczą horrory, thrillery i filmy sensacyjne? No nie oszukujmy się – przemocy. Czy to znaczy, że należy ich zakazać? Nie. Ale może trochę umiaru? Może trochę mniej epatowania przemocą? Może trochę litości nad telewidzami, którzy nie lubią oglądać wyłupywania oczu, zwłok leżących w kałuży krwi, rżnięcia ludzi na kawałki przy pomocy np. piły mechanicznej, siekiery wbijanej w plecy? Może trochę mniej promowania przemocy? 

poniedziałek, 9 września 2013

Student–klient pilnie uczelni potrzebny...

Spodziewam się, że w nadchodzących latach można będzie studiować: filozofię organizowania spotkań w korporacji, zarządzanie metodologią sortowania prania w podstawowej komórce społecznej, logistykę zakupów weekendowych w hipermarkecie bądź psychologię kliniczną chomika i żółwia. Zresztą może takie kierunki już są?

Od wielu lat zastanawiam się nad sensem wysypu nowych uczelni wyższych w Polsce, proponujących  coraz dziwniejsze kierunki, na których może studiować każdy, kogo na to stać. Tej jesieni media biją na alarm, bo od lat – tuż przed rozpoczęciem roku akademickiego – nie było tylu wolnych miejsc na wyższych uczelniach, nawet na tych prestiżowych. Z taką wiedzą w głowie wsiadłam do Trójmiejskiej SKM-ki. Kiedy ruszyliśmy ze stacji, mój wzrok przykuł taki oto śmieszno-straszny plakat:


                                       Fot: babadziwo007

Pewnie wielu powie, że się czepiam, a ja się pytam, co tak naprawdę znaczą słowa: „Nie udało się? Masz jeszcze szansę. Bezpłatne studia czekają na ciebie.” Dla mnie znaczy to tyle, że jeśli ktoś nie dostał się na studia, na dodatek przy tylu wolnych miejscach, to po prostu jest zbyt słabo wykształcony na poziomie liceum i ma zbyt małą wiedzę, żeby studiować. Tymczasem reklamująca się uczelnia przyjmie takiego delikwenta z otwartymi ramionami. Po co? Żeby zapewnić sens istnienia kolejnej uczelni produkującej bezrobotnych. 
Drugi powód dla którego ktoś się nie dostał na studia może być taki, że ktoś na maturze zakreślił niewłaściwe okienka, bo nie trafił w gust układających testy.

Rok temu pisałam o konkursie sms-owym (za 1,23 zł z VAT – żeby nie było), gdzie można było wygrać studia na wybranym kierunku uczelni, która ten konkurs ogłosiła - czytaj.

Teraz ten, kto nie dostał się na studia, ani ich nie wygrał, i tak może studiować, i to bezpłatnie. Szeroko otwarte ramiona wykładowców czekają. Czekam na następną odsłonę konkursu: „Przyjdź do uczelni, bezpłatnie odbierz kartę-zdrapkę i wygraj wykształcenie. Każdy wykład płatny – wykładowca płaci studentowi za wysłuchanie. Premie wypłacane są studentom za zrobienie notatek i zdane egzaminy”. A pod spodem dopisek wielkimi literami: „Wszystkie zdrapki wygrywają!!!”

Do czego potrzebne są dzisiaj studia? Dowiedziałam się tego z dodatku do „Metra” pt. „Katalog szkół” (numer z 9 września 2013 r.). Sympatyczna studentka „wzięła sprawy we własne ręce” i jeszcze na studiach rozkręca swój własny biznes w postaci stoiska z watą cukrową. Duży szacun za to, że nie czeka na mannę z nieba. Duży szacun za pomysłowo przygotowane stoisko. Ma nawet pomysł na rozwinięcie biznesu. A teraz pytanie za 100 punktów: co ona studiuje? Watologię stosowaną? Cukrologię smakową? Nie. To studentka socjologii.

Co ciekawsze kierunki studiów, jakie znalazłam: doradca i asystent rodziny, rekreacja i animacja czasu wolnego, hipologia i jeździectwo, zarządzanie pomocą psychologiczno-pedagogiczną w szkole/przedszkolu, turystyka zdrowotna, praca socjalna w pomocy społecznej, kultura literacka. 
Spodziewam się, że w nadchodzących latach można będzie studiować: filozofię organizowania spotkań w korporacji, zarządzanie metodologią sortowania prania w podstawowej komórce społecznej, logistykę zakupów weekendowych w hipermarkecie bądź psychologię kliniczną psa i kota. Zresztą może takie kierunki już są?


Uczelnie w walce o studenta reklamują się tak samo jak hipermarkety. I tu, i tu, żeby biznes się kręcił potrzebny jest klient.                                           Fot. babadziwo007

A może by tak wrócić do starych, sprawdzonych rozwiązań? Reaktywować bezsensownie pozamykane zasadnicze szkoły zawodowe, technika i licea zawodowe. Może by tak zwrócić honor rzemieślnikom, zamiast opowiadać, że każdy musi być magistrem? Może by tak przebudować sposób kształcenia, by nie prowadził do schematycznego wybierania opcji na maturze (osławione testy), tylko uczył myślenia? Może wrócić do egzaminów wstępnych na studia? I w końcu – może kształcić tylu magistrów i inżynierów, ilu znajdzie pracę zgodną z wykształceniem, ale za to prawdziwych fachowców w swojej dziedzinie?  

Po likwidacji kilku szkół wyższych, które muszą urządzać łapanki na studentów tylko po to, żeby zarobić, bezrobocie zmaleje z tej prostej przyczyny, że wykładowców jest o wiele mniej niż studentów, za to co roku wypuszczają na rynek pracy kolejne szeregi bezrobotnych. Obecnie mamy ćwierć miliona bezrobotnych absolwentów uczelni wyższych!!! 

Z drugiej strony, jak przeczytałam w „Gazecie Prawnej”: „W Polsce pracy nie ma pracy 20 proc. osób z wyższym wykształceniem. Pracodawcy narzekają jednak na to, że nie ma na rynku kandydatów z odpowiednimi kwalifikacjami, a uczelnie kształcą na mało przydatnych kierunkach.”

poniedziałek, 2 września 2013

Twarde prawo, ale prawo…

Żegnajcie korale z jarzębiny, kasztanowe ludziki, pyszne leśne maliny, a nawet romantyczne ogniska. Ze zbieraniem grzybów też lepiej uważać. Jeśli wczytać się w szczegóły kodeksu wykroczeń, to okazuje się, że wszystko to jest nielegalne. Skończyła się era spacerów do lasu, bo może się okazać że to „bezprawne korzystanie z lasu”.

Niedawno trafiłam na artykuł ostrzegający grzybiarzy przed mandatem. Niektóre wątki były… co najmniej dziwne. Po przeczytaniu natychmiast spojrzałam na datę – nie, ten tekst nie ukazał się 1 kwietnia, więc to nie prima aprilis. Postanowiłam sprawdzić te rewelacje u źródeł. I wgłębiłam się w lekturę XIX rozdziału kodeksu wykroczeń: Szkodnictwo leśne, polne i ogrodowe. Ponieważ w naszym pięknym, absurdalnym kraju prawo nie jest precyzyjne, a znakomitą większość przepisów można dowolnie interpretować, od dzisiaj dziesięć razy zastanowię się zanim wybiorę się do lasu.

Siłą rzeczy do historii odeszły korale z jarzębiny. Zerwanie kiści jarzębiny (znaczy owoców jarzębiny) można podciągnąć pod Art. 150. § 1. mówiący o tym, że za uszkodzenie drzewa, lub krzewu owocowego można trafić do paki, albo zapłacić 1500 zł grzywny. Tak samo można zinterpretować zbieranie malin, jeżyn, jagód itp. Tak więc leśnym pysznościom mówimy „żegnajcie”. Skończyło się też zbieranie lipy na herbatkę, którą będziemy się ratować przy przeziębieniu, czy innych rumianków, bo ziół też zbierać nie wolno.
 
Ufff… Na szczęście kurki zebrałam legalnie. W sklepie, choć nie moim. Mój            zachwyt wzbudził fakt, że zostały wyprodukowane przez Grupę Producentów Pieczarek podczas lotu nr 3503.                                      Fot: babadziwo007

Liczyłam na to, że kiedyś, w długie jesienne wieczory, będę z wnukami, tak jak kiedyś z dziećmi, bawić się w kasztanowe ludziki, ale do tego niezbędne są kasztany i żołędzie. Jedno i drugie można znaleźć w lesie, ale skoro prawo zakazuje obrywania szyszek, to zbieranie kasztanów i żołędzi też może okazać się wykroczeniem. Znaczy – ludziki są nielegalne. A co z orzechami laskowymi? Jak żyć?
Skończyło się zbieranie wrzosu, którego piękne, zasuszone bukiety zdobiły dom przez całą zimę. Dzieciaki nie mogą już puszczać po rzeczce łódek wydłubanych z kory.
Ogniska też nie można rozpalić, nawet w wyznaczonym do tego miejscu, bo w lesie nie można… zbierać gałęzi. Chociaż… jest jedno rozwiązanie. Wystarczy przynieść drewno do lasu.
Grzybów też nie radzę zbierać, chyba, że ma się własny las, bo wszystko to, co wymieniłam wyżej jest zabronione w nie swoim lesie. Tylko ilu z nas ma własny las?
Art. 153. § 1. Kto w nienależącym do niego lesie:
1) wydobywa żywicę lub sok brzozowy, obrywa szyszki, zdziera korę, nacina drzewo lub w inny sposób je uszkadza,
2) zbiera mech lub ściółkę,
3) zbiera gałęzie, korę, wióry, trawę, wrzos, szyszki lub zioła albo zdziera darń,
4) zbiera grzyby lub owoce leśne w miejscach, w których jest to zabronione, albo sposobem niedozwolonym, podlega karze grzywny do 250 złotych albo karze nagany.

Skoro takie są przepisy, to należałoby je egzekwować, bo inaczej nie mają sensu. No i oczami wyobraźni widzę już strażników miejskich i strażników leśnych (jedni i drudzy mają prawo wlepić w lesie mandat), jak czołgają się po mchu (ale przecież zniszczą go i należy się mandat), żeby zdybać babuleńkę zrywającą kiść jarzębiny na korale dla wnuczki. Jak czają się za drzewem, żeby słusznie ukarać za kilka szyszek. Swoją drogą nigdy w lesie nie udało mi się spotkać strażnika leśnego, a już na 384 % nie widziałam tam strażnika miejskiego. Wobec tego może trzeba w lasach ustawić gęstą sieć odpowiedników fotoradarów? Kasa miejska, wiejska, leśna, lub państwowa szybko się zapełni i budżet uratowany.

Zastanawiam się też, gdzie mają wybiegać się psy? Wprawdzie to nie mój problem, bo kociara ze mnie, to jednak szkoda mi czworonogów. Nie mogą biegać luzem po mieście (słusznie), po parku pewnie też nie, a na pewno nie mogą pobiegać po lesie. No to gdzie? Po mieszkaniu? Na specjalnej ruchomej bieżni w siłowni dla psów?
Art. 166. Kto w lesie puszcza luzem psa, poza czynnościami związanymi z polowaniem, podlega karze grzywny albo karze nagany.

Z „Instrukcji ochrony lasów przed szkodnictwem leśnym”, która jest załącznikiem do zarządzenia nr 52 Dyrektora Generalnego Lasów Państwowych z dnia 09.09.2004 r. dowiedziałam się kolejnych ciekawych rzeczy.
Szkodnictwo leśne jest określane jako bezprawne korzystanie z lasu czy pozyskiwanie produktów leśnych lub naruszanie przepisów dotyczących PGL LP, szczególnie ochrony lasów.”

Znaczy idąc na spacer do lasu korzystam z niego bezprawnie, bo przecież żadnego pozwolenia w ręku nie mam. No i strach się bać, bo z tej samej instrukcji dowiedziałam się, że „strażnikom leśnym przysługują uprawnienia do noszenia broni palnej bojowej lub gazowej oraz ręcznego miotacza gazowego.”

I żeby nie było: jestem z tych, których niezmiernie wkurza widok dzikich wysypisk w lesie, walających się pustych puszek po piwie, bez sensu połamanych drzew, równie bez sensu skopanych pięknych muchomorów itp. itd. itp. Śmieci z wycieczki przynoszę do śmietnika przy domu. Lasy należy szanować, ale przepisy należy konstruować logicznie i precyzyjnie, a potem je egzekwować. Inaczej to wszystko nie ma sensu.


 Ten las (jak i każdy inny) nie należy do mnie, więc nie mogę do niego wybrać się na spacer. To zdjęcie zdaje się zrobiłam nielegalnie...                      Fot: babadziwo007

wtorek, 27 sierpnia 2013

Wyprawka szkolna - podręczniki dla bogaczy

Podręcznik w formie pdf, przygotowany przez Ministerstwo Edukacji Narodowej (lub na jego zlecenie), wydrukowany na szkolnej drukarce, lub nawet w punkcie ksero, albo jeszcze lepiej – dostępny na czytniku e-booków. Tanio dla rodziców i lekko w tornistrze ucznia. Czy rząd mógłby W KOŃCU zrobić coś dla Polaków, zamiast zajmować się rozgrywkami personalnymi i lansem?

Jak co roku na hasło „nowy rok szkolny” zemdliło mnie, bo znów piętnaście razy dziennie słyszę i czytam w mediach, że to „wyzwanie dla rodziców przedszkolaków i uczniów”. Tym razem nie czepiam się mediów, ale chronicznego bezwładu rządu, który gdyby chciał, to bez kosztów mógłby położyć kres tej heroicznej wręcz walce z pustym portfelem i ciężkim tornistrem.
Do wielkiej bitwy o to, żeby pani w szkole nie postawiła do kąta za brak podręcznika i zeszytu, żeby rodzice na wywiadówce nie dostali po głowie bo „nie dbają o dziecko” i są „niewydolni wychowawczo”, żeby rówieśnicy w klasie nie wyśmiali „biedaka”, staje we wrześniu ok. 4,5 mln uczniów i ich rodzice (w uproszczeniu – 9 mln rodziców). To duża armia w niemal 40-sto milionowym państwie.
Sprawa jest poważna, bo jeśli kurator sądowa z Dolnego Śląska niedawno uznała, że można zabrać 5-letnie dziecko rodzinie, bo waży kilka kilogramów za dużo (nie, nie popieram niezdrowej nadwagi),  to równie dobrze może uznać, że jeśli rodziców nie stać na podręczniki do szkoły, to w majestacie państwa należy zabrać je do „bidula”.



                                   Po lewej: przaśny podręcznik do "polaka" z czarno-białymi obrazkami
                                   z 1968 r., wydanie z 1980 r. Używałam jej ja i trójka mojego rodzeństwa. 
                                   Kto jeszcze? Nie pamiętam. Po prawej: kolorowa i piękna książka do 
                                  "matmy" z 2008 r. Rok wcześniej obowiązywała inna jej wersja - czy 
                                   skorzystało z niej więcej niż jedno dziecko? Chyba nie. Jeśli chodzi o 
                                   zawartość podręczników - w wolnej Polsce to już chyba nawet do historii
                                  można byłoby opracować jeden, obiektywny podręcznik, żeby służył przez lata...
                                  Fot. babadziwo007

 

Minimalna płaca w 2013 roku to ok. 1200 zł na rękę. Panie i panowie prezesi, dyrektorzy, posłowie , ministrowie – uwierzcie, że ludzie zarabiający grosze, to w tym kraju wcale nie taki rzadki przypadek. Nie mówiąc o ludziach pracujących na umowach śmieciowych. Z  perspektywy bogaczy jest to nie do pomyślenia, ale właśnie tak wygląda przeciętne finansowe życie przeciętnego Polaka. Spróbujcie przeżyć za 1200 zł, płacąc za mieszkanie, prąd, gaz, i słuchając, ze schamieliście, bo do teatru nie chadzacie. Żeby wyposażyć jedno dziecko do szkoły trzeba przeciętnie wydać 500 – 600 zł. Największa część tych wydatków to podręczniki. Zakładając, że mówimy o pełnej rodzinie, gdzie oboje zarabiają „minimalną” i mają czworo dzieci (jakże pożądanych przez państwo), to żeby wyposażyć je do szkoły rodzina ta nie powinna przez miesiąc jeść, ani płacić żadnych rachunków.
Ministerstwo Edukacji Narodowej miłościwie śpieszy z pomocą - program „Wyprawka szkolna”. Dlatego my, podatnicy wydamy na ten cel 180 mln zł. MEN na swojej stronie z dumą chwali się, że to o 52 mln zł więcej niż w zeszłym roku. Jest super!!! Tym bardziej, że część pieniędzy wróci do skarbu państwa w postaci podatku VAT od książek.
Żeby skorzystać z tego miłosierdzia, dochód nie może przekroczyć 539 zł na osobę. Alleluja! Jak dochód wyniesie 600 zł na osobę – znaczy bogacz i zobaczy figę.
A może by tak w końcu podać przysłowiową wędkę zamiast jednorazowej jałmużny? Przepraszam – ryby?
Ostatnio obejrzałam w Bankier.tv ciekawą dyskusję („Kto zarabia na wyprawkach?”). Okazało się, że rynek wydawnictw w Polsce jest wart 2 mld zł. Złoty interes, wziąwszy pod uwagę, że nowe podręczniki wprowadza się co roku, co dwa, co trzy lata. Czy tak szybko zmienia się np. historia, czy matematyka? Skoro nie można korzystać z książek używanych, trzeba kupić nowe – interes się kręci. Ostatnio w TV pani z księgarni stwierdziła, że zadała sobie trud porównania nowego wydania podręcznika z matematyki z tym starym. „Nawet zadania mają taką samą treść, zmieniają się tylko dane” - stwierdziła. Ciekawe kto na tym zarabia 2 mld zł wyciągnięte z kieszeni rodziców? I kto się na to godzi?
We wspomnianej dyskusji eksperci podali na tacy logiczne rozwiązanie problemu. Eksperci na zlecenie MEN mogliby przygotować podręczniki zgodne z podstawą programową (przecież i tak MEN musi te podręczniki zatwierdzić). Te podręczniki w formie pdf można byłoby bezpłatnie pobrać ze strony MEN (w szkole lub w domu) i wydrukować. Załóżmy, że książka ma 100 stron, oznacza to 50 stron formatu A4. Według cennika jaki znalazłam w necie druk jednej strony A4 dla jednej kopii to koszt 15 groszy. Wydrukowanie takiej książki to koszt 7,5 zł. Im więcej kopii (np. wspólny druk dla całej klasy) – tym taniej. Na szkolnej drukarce, kupując tylko papier, byłoby jeszcze taniej. W księgarni podręcznik kosztuje 30 - 100 zł.
Jeszcze lepszym rozwiązaniem byłoby zlitowanie się nad lasami (papier) i kręgosłupami uczniów (tornister ucznia drugiej klasy podstawówki waży nawet 8 kg!!!) i przejście na czytniki e-booków. Nawet gdyby mieli je kupić rodzice, to po trzech minutach przeszukiwania internetu znalazłam takie czytniki w cenie 69 zł. I tak oszczędność.
Proste i skuteczne. I to byłaby dobra cegiełka wrzucona do worka „polityka prorodzinna”. Ale kto by tam w rządzie zajmował się takimi duperelami. Cóż tam dla posła te kilkaset zł wydanych na podręczniki dla swojego dziecka. Rząd się wyżywi. A reszta? Niech sobie radzi jak chce. Hurra, niech żyje bezpłatna edukacja…
Wiem, że nie na temat, ale tak mi się przypomniały ideały Sierpnia ’80. Czy rządzącym ludziom Solidarności nie jest po prostu wstyd, że za czasów słusznie minionych, może książki i zeszyty nie były takie piękne, ale za to dostępne? Choćby te wytarte gumką myszką, kupione na szkolnym kiermaszu, lub odziedziczone po rodzeństwie?

środa, 21 sierpnia 2013

Amber Gold: skarbówka niewinna z przepracowania...



Bue he he he.... Że niby mamy państwo prawa. Prokuratura Okręgowa w Gdańsku właśnie rozgrzeszyła urzędników skarbówki w sprawie Amber Gold z powodu „ponadnormatywnego obciążenia pracą i jej wykonywaniem w zastępstwie innych, nieobecnych osób”.

Idąc tropem przepracowania...
Czy kierowca autokaru, który po 12-godzinach za kółkiem spowoduje wypadek w którym zginie 20 osób, też zostanie rozgrzeszony, bo był przepracowany?
Czy chirurg, któremu ręka się „omsknie” i pacjent zostanie kaleką, zostanie rozgrzeszony, bo nie było zmiennika i dlatego nie poszedł odpocząć, tylko ratował komuś życie?
Czy kasjerka w supermarkecie lub księgowa, której pomylą się nominały banknotów lub rzędy cyferek, czego skutkiem będzie strata firmy może liczyć na poklepanie po plecach przez szefa i usłyszy: „rozumiem, jest pani przepracowana”.
Czy dziennikarz, któremu zupełnie „rozbiegną się zajączki” – oczywiście z przepracowania – przy okazji pisania tekstu dotyczącego prokuratury, może później liczyć na wyrozumiałość tejże prokuratury?


                               Dla maluczkich skarbówka jest bezwzględna, 
                               dla ustosunkowanych to tylko strach na wróble. 
                               Fot: babadziwo007

Urzędnicy skarbówki  w sprawie Amber Gold byli tak przepracowani, że przez lata przymykali oko na na tzw. „otwarcie obowiązku w podatku dochodowym od osób prawnych”. To już chyba całkiem ze zmęczenia na oczy nie widzieli, skoro nie zauważyli braku podpisu osób uprawnionych do działania w imieniu spółki, a mimo to zarejestrowali spółkę o słynnej nazwie Amber Gold. Urzędnicy jakby zupełnie nie zauważyli braku kopii umów rachunku bankowego spółki. Stwierdzono także „bezczynność organu podatkowego” w zakresie egzekwowania terminowego składania deklaracji podatku VAT i zeznań CIT. Ale tak to już jest, że przepracowany urzędnik musi być bezczynny, żeby odpocząć w pracy. No i to wszystko - zdaniem prokuratury - nie miało żadnego wpływu na taki drobiazg, że ponad 11 tys. osób straciło oszczędności życia. Przecież były to tylko zaniedbania urzędników skarbówki.
Czy taki zwykły Kowalski, który nie ma sztabek złota, może spóźnić się ze złożeniem deklaracji wszelakich i zapłatą podatku? Nie, bo dla przeciętnego Kowalskiego urzędnicy skarbówki zawsze mają czas i są dostatecznie wypoczęci, by wyśledzić każde, choćby niezamierzone uchybienie. A prokuratura ochoczo pomoże go ścigać.
Kilka lat temu, jako praworządny obywatel złożyłam roczny PIT. Ponieważ zagmatwanie formularza do rozliczeń było wtedy jeszcze większe niż teraz, kwity wypełniła mi księgowa. Niewiele czasu minęło, kiedy dostałam wezwanie do stawienia się w skarbówce. Rzecz jasna tak sformułowane, że poczułam się jak przestępca. Kiedy w skarbówce znalazłam w końcu właściwy pokój i panią, która mnie wezwała do tego karnego raportu, ta od progu zaczęła na mnie po prostu wrzeszczeć - jak wredny nauczyciel na pierwszoklasistę. Kiedy udało mi się dopytać o co chodzi – okazało się, że wszystko w rozliczeniu się zgadza, ale pomyliły się rubryczki... Dzielna pani ze skarbówki zdemaskowała przestępcę. Widać akurat była wypoczęta.

wtorek, 6 sierpnia 2013

Podobno odwiedzi mnie Ozzy Osbourne…

Dziennikarze byli kiedyś nazywani „czwartą władzą”. Po gazety sięgano, by dowiedzieć się, co dzieje się w kraju i na świecie. Tzw. „michałki” czyli śmieszne, lub lekkie tematy miały swoje miejsce w rubryce „po godzinach”, na ostatnich stronach gazety. Dzisiaj bzdurki awansowały na główne tematy dnia. Nie tylko w gazetach.

Obrażę pewnie wielu dziennikarzy, ale śmiem twierdzić, że dziennikarstwo wskutek polityki wielu redakcji dogorywa. Duperele lansowane są jako wydarzenia wielkiej wagi. Prawdziwe problemy, którymi dziennikarz powinien się zająć, spychane są w kąt. I – powtarzam – nie jest to wina dziennikarzy, tylko polityki redakcji. Tak się zastanawiam, jaką rolę obecnie odgrywa ta „czwarta władza”? Czy chodzi już tylko o lansowanie polityków i celebrytów, by podnieść oglądalność strony www czy wiadomości w TV?

Wczoraj przejrzałam główne strony trzech, bodaj największych portali informacyjnych. Takie portale – jak wiadomo – są dzisiejszymi odpowiednikami gazet. I co znalazłam na ich głównych stronach? Królują takie tematy:
„Kim jest wybranka Jerzego Janowicza? Nie lubi o tym mówić.” Ale media lubią. Nie ważne, czy mają coś do powiedzenia, czy nie. Rozwaliło mnie zdanie: „Podobno już wcześniej widziano Martę i Jerzego, całujących się podczas turnieju tenisowego w Madrycie.” Równie dobrze mogę zapodać newsa, że podobno jutro odwiedzi mnie Ozzy Osbourne, a nietoperze, które podobno mieszkają na moim balkonie już drżą ze strachu.


                                    Fot. wikipedia  Nietoperze już drżą ze strachu, bo podobno odwiedzi mnie Ozzy…

„To z nim zdradziła Maćka! Kim jest ojciec dziecka Samanty Stuhr?” No i leci niemal notatka z wikipedii na temat domniemanego, czy prawdziwego kochanka, zakończona przypuszczeniami, kiedy to zakochali się w sobie i czy kapela tego gościa ma szansę poważnie zaistnieć na polskim rynku muzycznym. Przyznam, że bez tej wiadomości nie mogłabym dalej żyć.
„Skradli serce Bachledzie-Curuś. Komu udało się rozkochać Alicję?” No i znany portal prezentuje czterech panów, którzy mają coś, lub cokolwiek mieli wspólnego z aktorką. Brakuje mi tylko sondy, w której czytelnicy wybiorą dla niej faceta, a ona będzie zobowiązana hajtnąć się z nim i spowiadać się publicznie z prywatnego życia.
„Kasia Zielińska wyglądała ślicznie. A jak na własnych ślubach wypadły inne polskie gwiazdy? Zobacz.” No przyznam się, że od miesięcy źle sypiałam, tak bardzo nie mogłam się doczekać, by zobaczyć kreację ślubną Kasi Zielińskiej. Właściwie to cały czas źle sypiam, bo tyle gwiazd staje na ślubnym kobiercu, że ciągle nie mogę się doczekać takich newsów.


                                    Taką tapetę można pobrać ze strony: www.wkinach.pl 

„Joasiu, wszystko ci widać! Ciężarna Liszowska cała w prześwitach.” No i po takim rewelacyjnym tytule widzimy gwiazdę z Polsatu, która na ślub Kasi Zielińskiej „wybrała niezwykle odważną kreację, która odsłoniła zgrabne nogi aktorki. Niektórzy pewnie będą zszokowani taką modową nonszalancją.” Rzeczywiście byłam zszokowana. Zdjęcia pani w koronkowej sukni do ziemi. No i co z tego?
„Ta część ciała stała się do tego stopnia popularna, że...” Okazuje się, że niezwykle ważną częścią ciała są stopy.  „Na wikipedii powstała oddzielna podstrona: "wikifeet", na której użytkownicy mogą umieszczać zdjęcia stóp celebrytów. Każdą fotografię można ocenić w skali od 1 do 5.” Najważniejsza jednak informacja z tego tekstu brzmi: „Swego czasu Justin Bieber miał lepsze zajęcia niż podziwianie stóp Seleny Gomez...”
No i deser: „Pies zatrzymał ruch na rosyjskiej ulicy!” Emocje sięgają zenitu. Na filmiku widzimy, jak gość goni po ulicy uroczego pieseczka, który mu zwiał.

Obejrzałam dzisiaj wieczorne wiadomości w trzech największych stacjach telewizyjnych. We wszystkich trzech najważniejszym tematem były trzy lata prezydentury Bronisława Komorowskiego. Rzetelnych podsumowań było mało, dowiedziałam się za to, że zdążył się już zadomowić. Do tego absolutne zachwyty posłów PO i oczywista krytyka posłów PiS. No kto by się spodziewał? Popytałam kilku znajomych o tę wspaniałą rocznicę. Wzruszyli ramionami i stwierdzili: „No i co z tego?”
Drugim najważniejszym tematem było: co posłowie robią w wakacje? I seria fotek Jarosława Gowina: z góralską ciupagą, w smażalni rybek z piwkiem, na statku. Do tego o remontach w pustym sejmie. Waga tematu mnie zabiła. Podkreślam – nie był to „michałek” na deser.


                                    Fot: wikipedia  Porażająca wiadomość: posłowie są na wakacjach.

Gdzieś tam bliżej końca wiadomości analizowano zdarzenie z Sierzewia, kiedy to ratownicy pogotowia odwieźli zmarłego w karetce pacjenta na miejsce wypadku i tam go zostawili. Wszyscy wieszają psy na ratownikach (też nie pochwalam takiego zachowania), ale na pierwsze miejsce wybiłabym bałagan w przepisach, który do tego doprowadził. Okazuje się, że nie zawieźli ciała do szpitala, bo zmarły nie zostałby tam przyjęty. Brakuje jednoznacznych przepisów, jak należy postępować w takich sytuacjach, a lekarz pogotowia nie ma w obowiązkach czegoś takiego jak stwierdzenie zgonu.
Tymczasem PAP podał dzisiaj komunikat Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej, że bezrobocie zmalało o 0,1 %. Przypomnę, że mamy lato, kiedy to bezrobocie od lat spadało znacznie, bo w sezonie zawsze spada – pracy jest więcej. Komunikat ukazał się o godz. 14.33 – naprawdę dałoby radę zrobić materiał do wieczornych wiadomości i to ważniejszy od tych powyżej. A tu… ani słowa.
Cóż, ważniejsze jest robienie lansu celebrytom i politykom…

poniedziałek, 29 lipca 2013

Wielki Brat cię wyśledzi

E-maile moje i moich znajomych oraz facebook są ostatnio zasypywane ciekawym spamem. To propozycja usługi – zapewne odpłatnej – śledzenia krewnych i znajomych przy pomocy lokalizowania ich telefonu komórkowego. Do tego pomysł, by miejski monitoring rejestrował również prywatne rozmowy...

Wiem, że z technologicznego punktu widzenia jest możliwe śledzenie mojej osoby przy pomocy telefonu komórkowego. Wolałabym jednak, by możliwości śledzenia mieli tylko stróże prawa, i to w uzasadnionych przypadkach (namierzenie mordercy – bezcenne). Tymczasem dzisiaj śledzić może każdy każdego i jeszcze na tym zarabiać. Wiem, że niewinni śpią spokojnie, ale mimo wszystko nie podoba mi się taka możliwość. Przede wszystkim dlatego, że każdy chce mieć odrobinę prywatności. Jeśli będę chciała zrobić niespodziankę mojemu facetowi, wybiorę się do jego kolegi, żeby załatwił bilety na fajny mecz, a mój facet mnie namierzy nie znając konktekstu - awantura gotowa: "Zdradzasz mnie z kumplem". Jeśli 14-letnia córka zostanie przyłapana w budynku, w którym mieści się peep-show - awantura gotowa, nie szkodzi, że nie wiedziałam, że w tym samym budynku mieszka jej koleżanka. Itp, itd.


Wystarczy, że jesteśmy podglądani przez czujne oko monitoringu miejskiego, sklepowego oraz tego w firmach i wokół prywatnych domów. Na to się godzę. Nie kradnę, nie morduję, włamania nie planuję, więc to dla mojego bezpieczeństwa. Jednak niedawno media podały, że pojawiły się pomysły, by monitoring wiązał się nie tylko z obrazem, ale i z nagrywaniem głosu, znaczy moich prywatnych rozmów. To już zalatuje programem Big Brother, Wielkim Bratem który bezustannie czuwa, by w odpowiednim momencie powiedzieć przez jakieś uliczne megafony:
- Babadziwo: nie gap się łakomie na tego przystojniaka, ani nie mów do koleżanki, że fajne ciacho z niego. To nieetyczne.
- Pani Puszysta: zostaw w spokoju trzeciego pączka i nie opowiadaj narzeczonemu, że to pierwszy dzisiaj.
- Pan w zielonej koszuli: odłóż tę zgrzewkę piwa - wczoraj żona przy kolacji mówiła, że za dużo pijesz.
- Pan w sandałkach i skarpetach: nie kupuj tego "świerszczyka" z tą fajną blondynką w bikini na okładce - twoja dziewczyna jest brunetką i nie lubi świńskich gazetek.


Jak to wszystko ma się do ochrony danych osobowych? Zajrzałam na stronę Generalnego Inspektora Ochrony Danych Osobowych. Na "dzień dobry" okazało się, że żeby "wnieść skargę" muszę "uiścić" 10 zł opłaty skarbowej i podać moje dane (imię, nazwisko i adres).
Jeśli chodzi o sprawy ogólnie dostępne, których nikt nie chce zauważyć (takie same e-maile z propozycją śledzenia kogoś zapewne dotarły również do pracowników GIODO), dotyczące dobra ogółu, a nie tylko mojego, to nie rozumiem ani opłaty, ani podawania moich danych.
Dalej ze strony GIODO dowiedziałam się, że skargę powinnam złożyć za pomocą elektronicznej skrzynki podawczej dostępnej na stronie www, ale - i tu cytat: "UWAGA! Skarga składana drogą elektroniczną powinna być opatrzona bezpiecznym podpisem elektronicznym weryfikowanym za pomocą ważnego kwalifikowanego certyfikatu, przy zachowaniu zasad przewidzianych w przepisach o podpisie elektronicznym."
Dla niezorientowanych: cena takiego podpisu to 150 - 250 zł. A może i więcej - zależy jak bardzo bezpieczny ma być ten podpis.
Dopiero wgrzebując się bardzo głębowo w bebechy informacyjne strony odkryłam, że skargę można też przesłać zwykłym e-mailem, ale tu znów nie podano adresu - trzeba samemu szukać go w różnych zakamarkach strony GIODO.
Mówiąc krótko: nie zachęca to do zwracania uwagi właściwego urzędu funkcjonującego również za moje pieniądze (podatki) na sprawy dotyczące należącej mi się odrobiny prywatności. A ci którzy chcą zarabiać na śledzeniu mnie mogą spać spokojnie. Niech żyje dobrze zorganizowane państwo.